Świat kolejek wąskotorowych SMF
24 Wrzesień 2018, 19:17:40 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Profil 750mm.pl na facebooku
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: 1 ... 6 7 [8]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: W obliczu końca - część 2 - ludzie  (Przeczytany 15541 razy)
Ariel Ciechański
Administrator
*****
Długość toru:: 934 m

Na służbie Na służbie



WWW
« Odpowiedz #140 : 17 Październik 2017, 23:13:17 »
0

na szczęście nie byłeś recenzentem  Język

E tam :p. Zaordynowałbym trochę popraweczek Mrugnięcie. Zwłaszcza w piśmiennictwie... Odwalam tylko artykuły, gdzie sam autor jedyne co wie, to że musi za wszelką cenę cokolwiek opublikować Chichot.
Zapisane

Pozdr.<br />CAr.<br />
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3718 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #141 : 13 Marzec 2018, 16:35:45 »
+7

Lekki OT uczynię dziś:

Wszędzie gdzie się chce osiągnąć cel w więcej niż jedną osobą potrzebna jest władza. Ktoś, kto będzie zarządzał, wyznaczał kurs, ustawiał pracę, pilnował jakiegoś porządku, wreszcie segregował obowiązki, nagradzał i karał. Jak kierowca w aucie, przewodnik wycieczki, dyrygent w orkiestrze czy kapitan na jachcie. No niestety rządy są potrzebne i nawet w pełnej, nowoczesnej i prawdziwej demokracji jest kasta rządzących, bo nie ma innej technicznej możliwości realizacji działań w grupie. Oczywiście, szlachetne idee jak egalitaryzm, są godne jak największego propagowania, jednak do pewnej cienkiej, nieprzekraczalnej linii, bo uwaga – następnym stadium demokratyzacji jest zniesienie władzy, ale wtedy wkraczamy w destrukcyjną anarchię.

Dziś kolega podesłał mi dyskusję prowadzoną między miłośnikami o stosunkach na linii szefostwo – wolontariusze, która rozgrywa się na pewnym publikatorze. Mniejsza o to co tę dysputę powoduje, ale przedstawiona jest tam sytuacja w której jedni (szefowie) zadanie wymyślili, a inny (wolontariusze) mają je wykonać, co budzi u piszącego pewnego rodzaju negatywne odczucia. Pada tam dość charakterystyczne stwierdzenie: uważa On że skoro ktoś, szczególnie społecznik, ma coś wykonać, to powinien mieć możliwość decydowania co się będzie robić.

Niestety, tak nie do końca jest, bo mamy z jednej strony wewnętrzną potrzebę bycia zauważonym i wysłuchanym, rzekłbym: ważnym, ale z drugiej mańki jest też proza życia która sprawia że, tak jak pisałem, aby osiągnąć cel trzeba kogoś, kto na bębnie będzie wybijał rytm wiosłowania czy też aktywizował załogę batem.

Mówiąc o tym że powinna być zachowana zasada równości trzeba też zastanowić się jaki jest cel działań poszczególnych osób, bo być może dla jednych jest to odległa wizja wielkiego przedsięwzięcia mającego przynieść w perspektywie lat korzyści, a dla innych dobra zabawa dzisiejszego popołudnia. I teraz w zależności od opcji różne są priorytety, jednak, no niestety, te wizje o dalszym zasięgu są zazwyczaj ważniejsze a przy okazji niestety mniej atrakcyjne na tę chwilę, stąd konieczne jest aby ktoś jasno i nieustępliwie określił co robimy, choć to się nie wszystkim podoba. Inaczej zamiast działań drużynowych ku bramce przeciwnika będzie latanie po boisku i zabieranie sobie nawzajem piłki.

Piszę to, bo wielokrotnie byłem świadkiem sporów na podobnych płaszczyznach które to waśnie skutecznie potrafiły rozmontować cały powiązany na cienkie sznurki więzi łączących hobbystów organizm który może i bez ręki, z gorączką, trochę ślepy i kulejący ale jeszcze działał. Wiecie, czasem takie właśnie przeświadczenie o tym że skoro się wkłada społecznie swe siły w jakąś organizację, to ma się prawo do decydowania było wyjątkowo destrukcyjne bo przedkładało własne emocje jednostki nad działanie całego zespołu. Jeśli ktoś to rozumie, to będzie potrafił zaakceptować fakt, że działając w zespole nie na wszystko będzie miał wpływ, a czasem trzeba zwyczajnie zagryźć język i choć się nam to nie podoba, wykonać jakiś ruch w wierze że jest on jednak potrzebny.


Na koniec najprawdziwsza historia którą życie napisało. Pewne stowarzyszenie ratujące zabytek opierało się na wolontariacie i niby wszystko na zewnątrz było o.k., wewnątrz fajnie się pracowało, dyskutowało, kłóciło, może i wesoło było, ale z upływem czasu pozytywną energię zastąpiła zła aura konfliktów. Aż któregoś dnia w prezesie coś pękło. Zebrał więc wszystkich społeczników i rzekł:

- Koniec zabawy. Daję wam do wyboru: albo przychodzicie tu do pracy i robicie co trzeba, albo wasze miejsce jest za… - I tu wskazał zniszczone ogrodzenie siedziby.

Spowodowało to ogromne wzburzenie, poleciały teksty o niszczeniu dorobku, zamordyzmie i nieszanowaniu człowieka, prezes pozostał jednak nieugięty. Większość odeszła. Wszystko wskazywało że szef zaorał jakąkolwiek inicjatywę i to już koniec.

Po kilku latach, kiedy owe stowarzyszenie zyskało ogromną pozycję a także, choć nie miało już zbyt wiele wspólnego ze społecznikostwem, wielki szacunek wśród hobbystów, podczas spotkania przy złotym trunku, zapytałem prezesa co było źródłem sukcesu.
Odpowiedź która padła była jak uderzenie pioruna.

- Pogoniłem wszystkich tych co nosem kręcili, zostało nas kilku konkretnych którzy mieli siłę, chęci oraz możliwości i stąd sukces. Po prostu pozbyłem się balastu który niby teoretycznie dawał jakieś korzyści, ale uspokajanie, godzenie, głaskanie i wszelkie dopieszczanie go aby chciał działać angażowało więcej środków niż się z ich pracy uzyskiwało.

Była to jakże szczera, bolesna a zarazem prawdziwa synteza naszego polskiego pojęcia wolontariatu. Pojęcia wypaczonego, nie wiem – przez nasze geny, przez okresy zniewolenia, przez jakieś narodowe kompleksy? Z resztą czy to ważne wobec faktu że w opisanym przypadku przywrócenie właściwych relacji szef-pracownik (choćby i wolontariusz) nie tylko pozwoliło na osiągniecie celu ale zapobiegło rozpadowi związku.
Zapisane

FAUR L45H - Skrócona instrukcja obsługi:
1 pozycja służy do ruszania;
2 - do składu naciągania;
Pozostałe - do zap...ania.
Vincent
Nowicjusz
*
Długość toru:: 37 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #142 : 13 Marzec 2018, 21:20:54 »
0

Święte słowa
Zapisane
prof_klos
Mechanik
***
Długość toru:: 273 m

W terenie W terenie


WWW
« Odpowiedz #143 : 13 Marzec 2018, 21:33:30 »
+2

Łatwo to mawiać, trudno wykonywać, a kto to wykona w pełnej konsekwencji często zostanie uznany w obiegu plotek jako łajdak skończony, lecz te działania docenia się dopiero po latach. I po latach ludzie tacy zbierają szacunek jakże należny już wcześniej. Bo emocje muszą opaść. Zawsze.

A zasada, którą należy się niezmiernie kierować brzmi:
"Lepiej mieć trójkę prawdziwie oddanych ludzi, niż tuzin bumelantów/karierowiczów/przygodników".

Na wąskie każdego ściągała pasja, każdy chciał jechać na szlak, by podciąć krzaki. Bo robiąc to wpadała wielka frajda - jazda. Ale przecież w szopie zalegać potrafi, a nawet zalega zawsze więcej pracy całosezonowej. Mrugnięcie A babranie się w smarze jest dla wielu mniej atrakcyjne, niestety.
Zapisane

Filozofia sztuką życia...!
brok
Zawiadowca
****
Długość toru:: 403 m

W terenie W terenie


WWW
« Odpowiedz #144 : 14 Marzec 2018, 14:45:51 »
+4

(...)

Na koniec najprawdziwsza historia którą życie napisało. Pewne stowarzyszenie ratujące zabytek opierało się na wolontariacie i niby wszystko na zewnątrz było o.k., wewnątrz fajnie się pracowało, dyskutowało, kłóciło, może i wesoło było, ale z upływem czasu pozytywną energię zastąpiła zła aura konfliktów. Aż któregoś dnia w prezesie coś pękło. Zebrał więc wszystkich społeczników i rzekł:

- Koniec zabawy. Daję wam do wyboru: albo przychodzicie tu do pracy i robicie co trzeba, albo wasze miejsce jest za… - I tu wskazał zniszczone ogrodzenie siedziby.

Spowodowało to ogromne wzburzenie, poleciały teksty o niszczeniu dorobku, zamordyzmie i nieszanowaniu człowieka, prezes pozostał jednak nieugięty. Większość odeszła. Wszystko wskazywało że szef zaorał jakąkolwiek inicjatywę i to już koniec.

Po kilku latach, kiedy owe stowarzyszenie zyskało ogromną pozycję a także, choć nie miało już zbyt wiele wspólnego ze społecznikostwem, wielki szacunek wśród hobbystów, podczas spotkania przy złotym trunku, zapytałem prezesa co było źródłem sukcesu.
Odpowiedź która padła była jak uderzenie pioruna.

- Pogoniłem wszystkich tych co nosem kręcili, zostało nas kilku konkretnych którzy mieli siłę, chęci oraz możliwości i stąd sukces. Po prostu pozbyłem się balastu który niby teoretycznie dawał jakieś korzyści, ale uspokajanie, godzenie, głaskanie i wszelkie dopieszczanie go aby chciał działać angażowało więcej środków niż się z ich pracy uzyskiwało.

(...)

Nie chce tutaj umniejszać roli, czy podważać kompetencji owego prezesa ALE,
pytanie czy sukces nie został osiągnięty w dużej mierze dlatego, że szlak tej wąskotorówki przebiega
na obrzeżach wielkiej metropolii?

Oczywiście jestem za komercjalizacją kolejkowych przedsięwzięć, bo ile można "rzeźbić w gównie"
siłami wolontariuszy. Tylko w niektórych lokalizacjach bez społecznej pracy może być krucho.

Kolejna kwestia to sposób zarządzania tym/kim co mamy.  Wiem, że nie jesteśmy w Japonii tylko w Polsce,
gdzie Janusz Biznesu zarządza kadrami przez magiczne słowo znane z Psów Pasikowskiego "w...".
Tylko, że czasy się mocno zmieniają i związku z tym nie tędy droga, ALE nie chce mi się o tym gadać...
Zapisane

Najpiękniejsze są takie podróże,
Które pamięć na zawsze zachowa,
Gdy dziewczyna jest piękna nad podziw,
A kolejka wąskotorowa...
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3718 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #145 : 31 Maj 2018, 14:49:13 »
+5

Opowiem Wam dziś tak około-tematycznie o pewnej kwestii związanej ogólnie z ludźmi skupionymi wokół jakichś idei, czyli tak trochę o nas samych będzie. Do popełnienia tego wpisu skłoniła mnie wczorajsza dłuuuga rozmowa z dawno niewidzianym przyjacielem, który opowiedział mi swoją historię zawierającą pewną gorzką prawdę. Prawdę której być może często nie jesteśmy do końca świadomi, albo staramy się o niej nie mówić…

Pewne stowarzyszenie zajmujące się pojazdami militarnymi prowadzone było przez charyzmatycznego emerytowanego wojskowego. Nic więc dziwnego, że panował w nim iście żołnierski dryl, co może nie każdemu się w pełni podobało, jednak w żadnym stopniu nie przeszkadzało to w prężnym prowadzeniu działalności i w pozyskiwaniu konkretnych, wartościowych ludzi oddanych pasji drużynowego odbudowywania śmiercionośnych machin. Prezes-wojak miał żelazną zasadę że wszelkie niesubordynacje przeciw zakazowi boczenia się jednych na drugich czy kopania się po kostkach załatwiał krótko i boleśnie nie pozwalając na dalszy ich rozwój.

Któregoś jednak dnia prezes nie obudził się – odszedł we śnie na wieczną wartę. Zastąpił go jego przyjaciel i wieloletni działacz stowarzyszenia – człowiek wiekowy, wzbudzający powszechny szacunek. Osoba o wielkiej szlachetności, gołębim sercu i spojrzeniu tak mądrym i szczerym, że każdy kto go poznał, choćby przed chwilą, bez zastanowienia byłby w stanie powierzyć mu swoje życie czy majątek - tak wielką siłą dobroci i prawości emanował opisywany.

Niestety, w krótce po zmianie przywódcy coś zaczęło się psuć. Atmosfera stawała się ciężka od wzajemnych kosych spojrzeń, podszeptów, podziałów… Niby na zewnątrz wszystko grało jak przedtem, ale w środku tego stowarzyszenia następował proces gnicia i rozpadu organów. Ci sami ludzie którzy jeszcze przed paroma miesiącami szli ramię w ramię przeciw przeciwnościom losu podążając równym szeregiem w marszu do celu, dziś stawali naprzeciw siebie. Stało się wreszcie tak, że wartościowi działacze (w tym mój wczorajszy rozmówca) opuścili bractwo ogarnięte wzajemnymi waśniami nie chcąc by ich z całą tą sytuacją identyfikowano.

W pewnym momencie walka między poszczególnymi frakcjami polegająca na wzajemnych złośliwościach typu chowanie narzędzi, czy też „zajmowanie” a właściwie „okupowanie” przez jakąś ekipę danego pojazdu uniemożliwiła fizyczne funkcjonowanie, gdyż by można dany sprzęt naprawiać, konserwować czy nawet przestawić przedtem należało stoczyć z innymi społecznikami bitwę przynajmniej na słowa. Zaowocowało to degradacją maszyn. Nie ma co dalej opowiadać tego story, bo przecież każdy wie jak takie boje wyglądają i co powodują.

Ale co z tym dobrym człowiekiem o którym pisałem na wstępie, a który stanął u steru? Nic. Był uważany przez jednych i drugich za guru, żaden: czy to od tych, czy od tamtych złego słowa na niego nie powiedział, i ci z przed i zza linii demarkacyjnej całkowicie uznawali jego przywództwo, szanowali ogromną wiedzę i wykonywali polecenia.

Problem jednak polegał na tym, że te polecenia z racji łagodnego usposobienia prezesa nigdy nie dotyczyły regulacji stosunków międzyludzkich, gdyż prawdopodobnie, jako mądry człowiek zdawał sobie sprawę że jeśli by poruszył te drażliwe kwestie niczym zapalnik w bombie, nastąpiła by eksplozja i otwarta wojna totalna, zaś by rozbroić ładunek musiał by przeprowadzić radykalna czystkę do której po prostu nie był zdolny. Wiecie – wyrzucić wszystkich na kopach „za bramę” a następnie wpuszczać tylko tych co na klęczkach pisząc krwią własną się zobowiążą, że nigdy więcej nie będą tworzyć polityki i podziałów.

Czemu to napisałem? Może ku przestrodze, a może ku refleksji że niestety tak ten świat jest skonstruowany, iż nawet wśród największych ideowców musi być ktoś, kto mając ku temu predyspozycje i cały czas obserwując otoczenie pełni rolę surowego żandarma, i nie dlatego aby gasić pożary międzyludzkich relacji – bo jak już się pali, to znak że jest za późno, ale by do takich zapalnych sytuacji w ogóle nie dopuszczać.

Miłego świętowania wolnego czwartku!
Zapisane

FAUR L45H - Skrócona instrukcja obsługi:
1 pozycja służy do ruszania;
2 - do składu naciągania;
Pozostałe - do zap...ania.
Strony: 1 ... 6 7 [8]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!