Świat kolejek wąskotorowych SMF
22 Styczeń 2022, 15:57:03 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Serwer FTP już działa! Szczegóły na forum.
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Z pamiętnika palacza (niekoniecznie parowozowego) – wątek tytoniowy.  (Przeczytany 304 razy)
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4232 m

Na służbie Na służbie


Bimbrownik wąskotorowy


« : 09 Styczeń 2022, 15:52:27 »
+10

Dziś nie będzie o kotłach parowozowych, zasilaniu paleniska, właściwych sposobach spalania, czy konstrukcji rusztu. Dziś opowiem o czymś co dla niektórych może być utrapieniem, dla drugich obrzydlistwem, a jeszcze dla innych pasją. Dziś będzie o paleniu… tytoniu. Tak, drodzy Czytelnicy – będzie to luźny temat rozrywkowy w którym kolej, a jakże, będzie się przewijała, ale nie będzie główną atrakcją. Zaczynamy!

Jak niektórzy wiedzą, a inni się zaraz dowiedzą, urodziłem się w roku, gdy na stanie kolei w Polsce było ponad 4000 lokomotyw parowych, z których czynnych było ponad 2600 szt., które to kopciuchy wykonywały prawie 1/3 przewozów w przedsiębiorstwie PKP. Tak, jestem z rocznika 1975. To były całkowicie inne czasy, o których można by godzinami opowiadać, i tak diametralnie różne od tego co jest teraz, że niektórym będzie trudno w to co napiszę uwierzyć.

Otóż od małego pamiętam że wszędzie było pełno dymu – Warszawa dymiła kominami kamienic, szpitali, fabryk, na Powiślu dymiła Elektrociepłownia, dozorcy palili w parkach liście, a dekarze grzali w opalanych dechami beczkach smołę. Na każdej budowie z każdego barakowozu dumnie sterczała zardzewiała blaszana rura wysyłająca w atmosferę żółto-brunatny węglowy dym. Dymiły wagony kuszety, sypialne i Warsy na Centralnym, w każdej budce dróżnika (nawet tej w tunelu między Śródmieściem a Ochotą) był piec, a przy domku hałda węgla zagrodzona deskami, no i oczywiście spotykane (nawet w Warszawie) parowozy kopciły niemiłosiernie.

Co więcej – w każdym urzędzie, restauracji, szpitalu, szkole (no, może poza podstawówkami) i w każdym pociągu się paliło. Co ja mówię „paliło” – jarało się na potęgę! Jak EW55 czy EN57 stawał w peronach i następowało rozsunięcie drzwi, to wraz z wypływającym dołem tłumem czarno-brunatno-szarych postaci buchał z wnętrza uciekający górą niebieskawy kłąb dymu. Kto pamięta podłogi w Przedziałach Służbowych? Na ciemnobrązowym linoleum były setki, tysiące czarnych plamek wykonanych poprzez kiepowanie petów. Tak, cała Polska dymiła czym mogła: węglem i tytoniem.

Papieros w ustach czy w dłoni był w tych czasach nieodzownym towarzyszem przynajmniej polowy Polaków. W mojej rodzinie też było tak, że połowa oddawała się wciąganiu dymka, stąd być może i moja „fascynacja” tytoniem od najmłodszych lat. Nie, nie chcę powiedzieć że paliłem od maleńkości, z resztą o tym będzie później, tylko dym tytoniowy uczestniczył w mym życiu jako nieodłączny element egzystencji. Mało tego – był on swego rodzaju symbolem dorosłości, dobrych kontaktów towarzyskich, czy bycia kimś. Palili głównie mężczyźni, a więc ja, jako chłopiec gdzieś sobie kodowałem, że palenie to męska rzecz. Taka jak golenie czy krawat.

W połowie lat 80, gdzie umiejscowione czasowo są opisane początki mych wspomnień, nie było mowy o dostępności zagranicznych wyrobów dymotwórczych, zaś Polski Monopol Tytoniowy dostarczał kilka rodzajów papierosów: były najtańsze Sporty potem zamienione na Popularne, których dym był uciążliwy dla otoczenia. Nieco lepszymi były Klubowe – takie palił mój Tata. One pachniały już lepiej i miały filtr, co dodawało im klasy. Jeszcze lepszymi były okryte niebieskim papierem Caro. Natomiast jak ktoś w pobliżu zapalił „damskiego” Carmena albo mentolowego Zefira, to aż stawałem na palcach aby wciągnąć w płuca niebieską mgiełkę która pachniała bosko. To był aromat tak piękny, że trudno mi się było oprzeć chęci niuchania. O Marlboro z Pewexu pisał nie będę, bo chyba nie zdarzyło mi się spotkać wtedy kogoś, kto taki skarb by palił…

Pamiętam coś, co zawsze robiło jeszcze większe wrażenie, i nie tylko na mnie – ktoś palący fajkę nabitą tytoniem Amphora. Był (i jest) to legendarny tytoń o aromacie tak intensywnym i cudnym, że można było się w nim zakochać od pierwszego wywęszenia. W czasach gdy właściwie w Polsce królowały no, nazwijmy to wprost, smrody: z rur wydechowych, śmieci, syfu na ulicach, setek kominów, zaszczanych bram, starych palt trzymanych w szafie z naftaliną, stęchlizny podwórek, ziejących smażeniną zagrzybionych izb, braku higieny i ogólnej siermiężności z rzadka tylko przecinanej jakimiś duszącymi pachnidłami typu „Przemysławka”, „Prastara”, „Driada” czy „Być Może” ciągnący się za takim panem pykającym fajeczkę zapach tego tytoniu był zapachem innego świata, zdawało się wstępem do innej, lepszej rzeczywistości.

Moją przygodę z tytoniem zacząłem (póki co teoretycznie) dzięki… tygodnikowi „Przekrój”. Ten czytany u mnie w domu periodyk zawierał  stałą rubrykę p.t.: „Fajka mniej szkodzi” propagującą alternatywę dla papierosów. Zawierała ona opisy fajek, zawiłości techniczne ich produkcji, sposoby użytkowania, przepisy na sporządzenie własnych tytoniów, itd., zawierała też informacje o klubach i zawodach fajczarskich (tak, tak – są takie!). Z zapartym tchem zgłębiałem kolejne odcinki poradnika – będąc w identyczny sposób podniecony jak czytając w „Młodym Techniku” rubrykę „Lokomotywy polskich szlaków” (kto pamięta, ten wie,że miesięcznik Młody Technik w połowie lat 80 był jedynym wydawnictwem traktującym o kolei w kontekście hobbystycznym). Sam byłem dużo-trochę za młody na uprawianie dymienia (miałem może 10 lat) więc próbowałem paleniem fajki zainteresować mego Ojca kupując Mu na urodziny odpowiedni sprzęt i tytoń, jednak przyzwyczajenie do papierosów było u Niego nie do pokonania. Poza tym palenie fajki to dość złożony i pracochłonny proces, co nie każdemu odpowiada.

Był to jakiś rok 85-86. Któregoś dnia mój o rok starszy kolega przyjechał na rowerze z dziwnie tajemniczą miną i powiedział że ma niespodziankę. Pojechaliśmy do lasku i zaszyliśmy się w zarośla. Kolega rozejrzał się sondując otoczenie czy jesteśmy poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku i po upewnieniu się że miejsce jest bezpieczne wyciągnął ukryte w kieszeni, zakoszone rodzicom dwa papierosy…
Panowie, uczucie tego co się za chwilę zdarzy, jakaś taka niepewność, trochę strachu, a za razem podniosłość dały się we znaki, bo obu nam się ręce trzęsły. To miał być krok w nieznane, krok w dorosłość, ale o tym co się dalej wydarzyło napiszę w następnym odcinku.
« Ostatnia zmiana: 09 Styczeń 2022, 15:57:42 wysłane przez Kucyk » Zapisane

- Jaka jest najpiękniejsza stacja Kujawskich KD?
- Krośniewice!
- A ile buldożerów potrzeba do zburzenia stacji Krośniewice?
- Ale Ozorków też jest piękną stacją!
Trabant
Dyrektor
*****
Długość toru:: 532 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #1 : 15 Styczeń 2022, 17:23:38 »
0

Opisujesz swoją historię palenia, nieźle. Ja czekam na zielony wątek.
Zapisane

PRÓŻ / ŁAD
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4232 m

Na służbie Na służbie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #2 : 15 Styczeń 2022, 19:14:22 »
+8

Zatem dymowych historii ciąg dalszy. Póki co niebieskawych, choć z czarnym akcentem na końcu odcinka.

W poprzedniej części mej gawędy tytoniowej w nutką kolejową w tle napisałem że Polska początku lat 80 (którą już jako-tako pamiętam) strasznie śmierdoliła. W tym zasobie nieciekawych zapachów aromat tytoniu, szczególnie dobrego tytoniu, mienił się niczym piękna, biała lilia na zarośniętym rzęsą bajorze. Nic więc dziwnego, że mnie – dziesięciolatka, ciągnęło aby spróbować dymu.

Z tego pierwszego „palenia” papierosa niewiele pamiętam, jednak w mych zwojach mózgowych utkwiły dwie sprawy: po pierwsze dym tytoniowy (o dziwo) mi bardzo smakował, a po drugie, że okropnie się bałem aby rodzina nie poczuła że jarałem. Stąd powrót do domu odwlekałem jak mogłem, żując jakieś liście czy trawę aby z gęby nie jechało. Tu taka dygresja dla młodszych Czytelników – obecnie wystarczyłoby zeżreć gumę i było by po sprawie. Ale w połowie lat 80 guma do żucia była dla dzieciaków dobrem tak luksusowym jak… no nie wiem do czego porównać, teraz wszystko jest dostępne. W każdym razie gumy kupowało się na sztuki w „zieleniakach” – były to słynne „Donaldówy” z komiksami, lub na listki w kioskach RUCHu – tam królowała pomarańczowa w smaku guma „Bolek i Lolek”. Kosztowały one krocie biorąc pod uwagę ile się kieszonkowego dostawało. Same sklepy były oddalone od siebie w miastach o kilometr czy więcej, na wsiach to już w ogóle były kilometry, więc trudno było mieć balonówę na podorędziu, zwłaszcza że smak jej był tak kuszący wobec ogólnie otaczającej bezsmakowości PRL, że nikt nie był się w stanie oprzeć jak najszybszemu wprowadzeniu przysmaku do paszczy jeśli go tylko posiadł.

Z tym kolegą czasem jeszcze popalałem w zaroślach jakieś podwędzone rodzicom szlugi, aż nadszedł dzień wielki – zbieraliśmy obaj pieniądze chyba z tydzień i zakupiliśmy, a właściwie to kolega zakupił, pierwsze papierosy. Były to Klubowe. I to nie byle jakie – Klubowe King Size! Tu znów mała dygresja – papierosy miały standardowe długości: najpopularniejsze w tych opisywanych przeze mnie czasach były te mierzące ok. 6 cm. Zarówno z filtrem bibułowym (Klubowe, Mocne, Ekstra Mocne, Caro, Radomskie, Łódzkie) jak i bez filtra (Popularne, Poznańskie, Giewonty). Ta długość papierosa obecnie nie jest już spotykaną. Drugą długością były papierosy „King Size”. Od nazwy których Machulski zrobił film o krasnoludkach. Miały one z 8 cm i były klasą premium wśród wyrobów tytoniowych. Wszystkie kingsajze były wyposażone w filtry, często acetatowe (z watki, a nie z karbowanej bibuły) oraz zasadniczo były aromatyzowane. Do najsłynniejszych można zaliczyć Carmeny, Zefiry (mentolowe), Dukaty i, w późniejszym czasie, Opale czy Wiarusy.

Na rynku wyrobów tytoniowych rzadko dostępne były marki „zagraniczne”, to znaczy nikt tak o nich wtedy nie mówił, bo w PRL „zagraniczny” = zachodni, z krajów kapitalistycznych, a „ruski” = nie-zachodni. Były albańskie DSy, Genty czy Arberie, jugosłowiańskie Yugo, czy zabójcze kubańskie Partagasy zawierające często we wnętrzu patyki – wszystkie w wersji King Size. Tu taka dygresja że papierosy Gent były pakowane „na odwrót” czyli filtrem do dołu paczki, co jak najbardziej było rozsądne technologicznie, bo przy wyjmowaniu z paczki nie dotykało się paluchami ustnika, jednak przyzwyczajenia były silniejsze i nie raz zdarzało się odruchowo zajarać je od niewłaściwej strony…

Wracając do tematu – z kolegą pojechaliśmy na glinianki. W oddali słychać było perkotanie Wlski dzielnie spychającej pełne gliny koleby do budynku gniotownika. Będąc nad brzegiem osłoniętym zagajnikiem z młodych wierzb łowiliśmy ryby i jaraliśmy te Klubowe niemalże jeden po drugim sycąc się „dorosłością”. Niestety skończyło się to, jak się jedynie skończyć mogło. Po pierwsze, miejscowy wędkarz który przyszedł uznał że zajęliśmy „jego” miejsce i nas wygonił zabierając nam Klubowe jako „haracz” za to że nie powie naszym rodzicom że paliliśmy, po drugie mdłości i wymioty uzyskane w wyniku łapczywego kopcenia towarzyszyły mi do wieczora co spowodowało rezygnacje z czynnego uprawiania mego hobby na jakiś czas.

Niektórzy z nas, gdy nie za bardzo im po drodze z prawdziwą koleją, energię kładą na bierne angażowanie się w nią – modelarstwo, gromadzenie wiadomości historycznych, czy różnorakie kolekcje. Ja w pewnym czasie zacząłem kolekcjonować… kartony po papierosach. Pamiętam, że na rogu ulic Solec i Ludnej była taka budka, kiosk właściwie, w którym ubrana w futro umalowana madonna sprzedawała towary luksusowe rodem zza zachodniej granicy. Był to swego rodzaju Pewex, tylko za polską walutę. Dla młodszych Czytelników wyjaśnię, iż typowy sklep Pewex wyglądał dokładnie tak samo jak nasze obecne sklepy (pięknie opakowane markowe słodycze, kawy, alkohole, papierosy, konserwy…) tylko że ceny były tam w dolarach. Był to sklep (dokładnie, a nie w przenośni) z innego, lepszego, zachodniego świata, z krainy dobrobytu, stąd krążył dowcip: Jaki jest szczyt roztargnienia? Przeskoczyć przez ladę w Pewexie i poprosić o azyl polityczny. W tym kiosku, oprócz batonów Mars, gum Wrigley i kolorowych cukierków Lentilków, interesowała mnie szczególnie półeczka umiejscowiona pół metra nad okienkiem. Tam stały istne cuda – mieniące się w nieznanych na codzień, kolorowych opakowaniach najsłynniejsze papierosy świata. Od Marlboro począwszy, przez Camele, Astory, Gold Coast (zwane przez kolegę Gulz-gastami), Rothmanse, Dunhille, Kenty (nie mylić z Gentami) szczęśliwe strajki, czy Winstony. Ale były też tam pety rzekł bym mityczne - które można było spotkać jedynie w scenach z amerykańskiej produkcji „Dynastia” i… na wiejskich strzelnicach. Były to mierzące 120mm owinięte w elegancką, ciemnobrązową bibułkę szlugi Dumont. I podobne, choć już w jasnej karnacji, 12-centymetrowe Eve. Odpustowe strzelnice po prostu stosowały je jako atrakcyjne nagrody – stały te papierosy nadziane na wykałaczki, kto je (w znaczeniu wykałaczkę) zestrzelił, ten otrzymywał pecika. Oczywiście taki papierosek po wielu dniach bycia celem nie tylko był namoknięty, wywietrzały, ale i poprzestrzelany odłamkami śrutów, lecz i tak stanowił marzenie strzelców.

Za tą budką był… no, wiadomo – śmietnik. W tym śmietniku lądowały opakowania, także po papierosach. Początkowo gromadziłem kartony w domu ustawiając całe na półce, później, jako że miałem ich kilkadziesiąt, a jedno opakowanie miało z litr objętości, ekspozycja stawała się niewygodną poprzez ciągłe spadki, zatem wycinałem z nich przednią ściankę i „tapetowałem” nimi ścianę. Z resztą w drugiej połowie lat 80 różne formy zbieractwa pustych kapitalistycznych opakował nie były niczym szczególnym – np. kierowcy miejskich autobusów również przypinali igiełkami do osłon przeciwsłonecznych wycięte przody z paczek szlugów, o umieszczaniu pustych puszek 0,33l po imperialistycznej Coca-Coli, czy sprowadzonym z Niemiec duńskim piwie Tuborg między ramkami osłon a podsufitką nie wspomnę. Tu, jeszcze słowo o autobusach MZK (bo tak kiedyś nazywał się warszawski miejski przewoźnik) w każdym Ikarusie, Berliecie czy Jelczu Ogórku była przyśrubowana oczywiście wkrętem mocującym jakiś element osłony pulpitu puszka-popielniczka. W wersji de luxe od orzeszków ziemnych przywiezionych przez kogoś znajomego z NRD, a w wersji podstawowej z puszki po rozpuszczalnej Kawie Mocca z zakładów Amino. Ja wiem, że młodsi nie uwierzą w to, ale kierowcy (oraz motorniczowie tramwajów oczywiście) jarali bez żadnych ograniczeń podczas prowadzenia pojazdów. Mało tego – przednia część pasażerów też się inhalowała, bo przecież nie było przegród oddzielających kabinę wodza od przedziału dla ludu. Ale zaręczam – nikt, absolutnie nikt, się nie burzył. Takie to były czasy.

Na tym samym piętrze w moim bloku mieszkał ksiądz. I to widać, słychać i czuć było – zamożny ksiądz. Spokojnie, spokojnie – nie będę pisał jak brał mnie na kolana i głaskał (o tym będzie osobny odcinek) – otóż gdy wychodził ze swego lokum, jak zawsze elegancko ubrany, zamykał znajdujące się w drzwiach 2 specjalne antywłamaniowe zamki z których dobiegające odgłosy utwierdzały otoczenie w przekonaniu że morze hartowanych zapadek strzec będzie autonomii lokalu, na klatce długo jeszcze unosił się zapach drogiej wody kolońskiej i… dymu z papierosa. Ale jakiego dymu! – boskiego, anielskiego. Ale z jakiego papierosa? A o tym będzie następny odcinek.
Zapisane

- Jaka jest najpiękniejsza stacja Kujawskich KD?
- Krośniewice!
- A ile buldożerów potrzeba do zburzenia stacji Krośniewice?
- Ale Ozorków też jest piękną stacją!
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!