Świat kolejek wąskotorowych SMF
22 Październik 2020, 23:15:47 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Serwer FTP już działa! Szczegóły na forum.
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Okupacyjna przygoda  (Przeczytany 4162 razy)
emibe
Administrator
*****
Długość toru:: 1025 m

W terenie W terenie



« : 27 Grudzień 2006, 12:26:56 »
0

Okupacyjna przygoda

O "Kolejkach Andrzeja Cygana", opisujących historię taboru wąskotorowego, kursującego na terenie Starachowic i w okolicach pisał wojewódzki dziennik. Ja postanowiłem wzbogacić ten opis, wspomnieniem wydarzenia, jakiego byłem uczestnikiem 60 lat temu, podczas okupacji hitlerowskiej. Ta okupacyjna przygoda przytrafiła się mnie i moim kilku, kilkunastoletnim kolegom. Nie wszyscy bohaterowie tego zdarzenia doczekali czasów współczesnych. Urodziliśmy się w II Rzeczypospolitej. Mieszkaliśmy w Starachowicach, na terenie os. "Majówka". Obejmowało ono wtedy rejon dzisiejszych ulic: Glinianej, Leśnej, Murarskiej.

Był lipiec 1944 r. Front wschodni przybliżał się od południa do Gór Świętokrzyskich. Nasze miasto znalazło się bezpośrednio na zapleczu niemieckiego frontu. Okupant regenerując swój nadwątlony potencjał wojenny, urządził sobie kwatery w całym naszym mieście. W owe letnie wieczory, przed godziną policyjną, wychodziliśmy z kolegami na górujące nad okolicą wentylacyjne szyby kopalniane w rejonie ul. Leśnej, skąd oglądaliśmy dalekie fajerwerki wystrzałów artyleryjskich. Miałem wtedy 11 lat, moi koledzy byli w podobnym wieku. Wszyscy byliśmy uczniami Szkoły Podstawowej nr 4. W tym czasie mieliśmy wakacje. Okupacyjne letnie miesiące spędzało się bardzo pracowicie, pomagając rodzicom w pracach polowych, ogrodowych mających wpływ na ówczesny skromny budżet domowy. Powszechnym zajęciem dla młodej dziatwy był wypas kóz w pobliskim lesie. Na naszej ulicy w przydomowych zagrodach była ich ponad setka. Jako dzieci bawiliśmy się w różne zabawy. Grywaliśmy np. małą piłką w tzw. palanta. Zdobycie prawdziwej piłki nożnej graniczyło w tamtych czasach z cudem. Nawiasem mówiąc, rower też był nieosiągalnym marzeniem. Jeżeli ktoś go miał, od razu rekwirowali go Niemcy. I jak tu spełnić dziecięce marzenia o szybkiej jeździe? Nam się to udawało do czego wykorzystaliśmy wagony kolejki wąskotorowej, kursującej do czynnych kopalń. Wagony te stanowiły wyposażenie Zakładu Kolejek, mającym siedzibę w rejonie obecnego budynku Straży Pożarnej. Do Zakładu należała Kopalnia nr 2. Znajdowała się obok dzisiejszej ul. Kopalnianej, ok. 300 metrów na wschód od położonego obecnie przy tej ulicy Zakładu Energetycznego. Hałda tej kopalni już nie istnieje, gdyż została przerobiona na cegły w pobliskiej cegielni, a na jej miejscu rośnie las. Eksploatację rud żelaza rozpoczęto w niej tuż przed wkroczeniem Niemców we wrześniu 1939 r. Kopalnia była zaś czynna prawie do lipca 1944 r.

Wydarzenie, jakie pragnę opisać, miało miejsce na terenie tej kopalni, tuż przed zakończeniem jej działalności wydobywczej, w czasie przenosin zakładu do kopalni "Majówka". Do niedawna mieścił się tam Zakład Robót Publicznych. Był piękny, niedzielny poranek. Po Mszy Świętej wybraliśmy się z kolegami na kopalnię pojeździć na wagonach, służących do transportu drewnianych stempli, spełniających pod ziemią rolę podpór. Do kopalni biegły tory kolejki wąskotorowej z Wielkiego Pieca. Ich trasa wiodła przez Zakład Kolejek, wzdłuż ulicy 9 - go Maja, w poprzek ul. Partyzantów, w las do nowej kopalni "Majówka". Dalej prowadziły one w kierunku Kopalni nr 2. Około 100 metrów przed nią było rozwidlenie torów. Jeden prowadził w górkę pod tzw. szyb wiatrowy, drugi natomiast biegł prosto pod piece, w których świeży urobek pod wpływem temperatury wzbogacany był w rudę. Dzięki temu procesowi nadawał się on jako wsad do wielkiego pieca. Piece te nazywały się prażakami. Przed piecami zawsze stało kilka wagonów, do których ładowano rudę. Podeszliśmy do wagonu, mającego prymitywny wygląd, gdyż jego górna część była zdemontowana. Składał się on z kół i grubej drewnianej ramy, na której nie było żadnych uchwytów do przytrzymywania się. W ośmiu chłopców wypchaliśmy wagon ok. 500 metrów w górę, w kierunku zachodnim, aż pod samą Kopalnię "Majówka". Tam stanęliśmy na ramie wagonu, trzymając się jeden drugiego. Ruszyliśmy w dół. Wcześniej jeden z kolegów stanął przy zwrotnicy, na rozwidleniu torów. Pilnował, by wagon zakończył swój bieg na ślepym torze, koło szybu wiatrowego.

Pech chciał, że w ten niedzielny poranek wybrał się na spacer w okolice kopalni niemiecki żołnierz lub oficer. Cóż, gdyby nie bliska obecność frontu i duże skoncentrowanie w okolicach miasta jednostek Wermachtu, z pewnością nie spotkalibyśmy w lesie samotnie przechadzającego się Niemca. Rok wcześniej kilkadziesiąt metrów za tą kopalnią odbywały się częste zbiórki i ćwiczenia partyzantów z pododdziału "Potoka". Nieproszony gość szybko zorientował się w charakterze naszej zabawy. Podszedł do zwrotnicy, przy której stał nasz kolega. Widząc pędzący z dużą szybkością wagon z chłopcami przełożył z rozmysłem zwrotnicę, kierując go na tor, na jakim stały wagony pod prażakami. Zamarliśmy z przerażenia. Oczami wyobraźni widzieliśmy już moment zderzenia. Mijając stojącego przy zwrotnicy niemieckiego żołdaka, zerknęliśmy na jego rozbawioną twarz.... Od katastrofy dzieliło nas około 70 metrów. Podjęliśmy decyzję - skaczemy! Obok toru rosły drzewa, krzewy, między nimi znajdowały się łachy piachu. Poczuliśmy ogromny lęk. Mieliśmy świadomość, że nieudany skok przy dużej szybkości może skończyć się kalectwem, a nawet śmiercią. Zeskakiwaliśmy bez paniki, pojedynczo do przodu. Lot skaczącego wynosił kilkanaście metrów i kończył się wywrotką lub kozłowaniem, a przecież byliśmy dziećmi. Niestety, jednemu z kolegów zabrakło odwagi. Kurczowo trzymał się ram pojazdu i bał się wyskoczyć. Ten tymczasem pędził ku stojącym na rampie wagonom. Leśną ciszę wypełnił huk zderzenia. Nasz kolega wyleciał w górę jak z katapulty. Zrobił w powietrzu obrót i wylądował pod kołami wagonu. Miał szczęście: wpadł w środek wąskiego toru. Był uratowany. Przez dłuższy moment nie mogliśmy ochłonąć z wrażenia. Nawet Niemiec, sprawca dramatu jaki przed chwilą się rozegrał, stał nieruchomo. Dopiero po jakimś czasie odwrócił się i ruszył powoli w kierunku swojej kwatery, mieszczącej się przy ul. Partyzantów. My także, otrzepawszy ubrania, podążyliśmy do naszych domów. W drodze powrotnej żywo dyskutowaliśmy nad przebiegiem całego wydarzenia. W jednym byliśmy zgodni: mając w pamięci poranną Mszę Świętą, uratowanie kolegi z mrożącej krew w żyłach przygody przypisaliśmy Bożej Opatrzności. Byliśmy szczęśliwi, że w tak ryzykownej zabawie wszystkim nam się upiekło.

Marian Kiełek

źródło: Gazeta Starachowicka
http://www.gazeta.org.pl/
Zapisane
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!