Świat kolejek wąskotorowych SMF
20 Kwietnia 2026, 00:00:22 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Serwer FTP już działa! Szczegóły na forum.
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Praskie tramwaje  (Przeczytany 4114 razy)
Jacek M
Czytelnik

Długość toru:: 4 m

W terenie W terenie


« : 02 Kwietnia 2009, 22:28:44 »
0

Dzisiaj parę słów o praskich tramwajach. Jesteśmy znowu w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Praga wyglądała w tym okresie czasu znacznie biedniej, niż lewobrzeżna Warszawa. Nie była specjalnie lubiana przez partyjnych przywódców. Dlatego też i tramwaje mieliśmy skromniejsze. Na liniach praskich lub wiodących z centrum do Pragi jeździły przedwojenne dwuosiowe tzw. berlinki. Nazwa pochodzi od faktu, iż były to przedwojenne tramwaje polskiej produkcji wywiezione przez Niemców w czasie okupacji i potem rewindykowane do Polski po wojnie, w stanie mocno zniszczonym. Ponadto wozy N (powojenna produkcja Konstalu – Chorzów i częściowo Stoczni Gdańskiej/Gdyńskiej?. Tramwaje – „szybkobieżne” typ 13N zaczęły się pojawiać na Pradze z rzadka w końcu lat sześćdziesiątych.

Dzisiejsi czytelnicy, przyzwyczajeni do pustych, (bo każdy do pracy jedzie własnym samochodem), klimatyzowanych niskopodłogowych wagonów nie są w stanie sobie wyobrazić, jak się podróżowało w tych czasach. Ćwiczenia jednostek SPECNAZU czy GROMU są niczym, w porównaniu z zadaniami, jakie czekały na przeciętnego pasażera, który usiłował wsiąść do tramwaju. Przypomnę, iż wtedy samochód prywatny był wielką rzadkością, gdyż:

- nie można go było kupić inaczej jak na talon, lub inny przydział
- kosztował abstrakcyjnie drogo (na ten talon)
- była co prawda giełda samochodów używanych pod wiaduktem Mostu Poniatowskiego, ale tam to w ogóle były jakieś zwariowane ceny, np. za używaną Simce Aronde – 180 tys. ówczesnych złotych. (czy ktoś z uczestników forum słyszał dziś o takim aucie?)

Ale skoro samochód (np. Moskwicz 407 czy Wartburg  – czy pamiętacie w ogóle te marki - kosztował na początku lat sześćdziesiątych ca 120 tys. zł, średnia pensja była na poziomie ca  1000 - 1200 zł (rzadko 1500 zł.), a tzw. życie było bardo drogie, (chleb 4 zł, kilo cukru 11 zł, masło kostka 17,50 zł.), to jest sprawą jasną, iż kupno samochodu było dla mieszkańca Pragi pewną abstrakcją finansową.

Zaletą tego były puste ulice. Podróżowało się głównie tramwajami, bo:

- nie miały zamykanych automatycznie drzwi. Modernizacje wozów N z zamykanymi podwójnymi drzwiami pojawiały się na Pradze rzadko. W związku z tym, można było jechać na tzw. winogrono.  Autobusy były w pogardzie. Jeździło ich mało, (francuskie Chaussony, potem Jelcze „ogórki”), no a poza tym, jak były otwarte drzwi, to kierowca nie chciał ruszyć. Co za nieużytek!!

Ale oto nadjeżdża tramwaj. Rozpoczynają się małe codzienne zawody sportowe:

1.   Bieg z przeszkodami (tzn. z siatkami i tobołkami w rękach). Bieg, bo następny tramwaj będzie za ½ godziny
2.   Zapasy w stylu wolnym (czyli próbujemy wsiąść do wagonu)
3.   Gimnastyka artystyczna. Stoimy na palcach jednej nogi, drugą ręką usiłujemy się złapać poręczy.

Żarty żartami, ale mimo, ze tramwaj jest pełny (godziny szczytu), to wsiada jeszcze ze 30 osób do każdego wagonu. To znaczy wsiada „mniejsza połowa”, a reszta wisi na stopniach – to te sławetne winogrona. Na każdym stopniu z 8-10 osób – z przodu i tyłu wozu, w wagonie motorowym i w doczepnych. Każdy łapał się za co się dało – za poręcz, za klamkę od drzwi. Bardziej niecierpliwi łapali osoby wiszące przed nimi na stopniu pod pachy. Ale to było ryzykowne. Jak mówiono, można było trafić na osobnika z łaskotkami i wypaść z wagonu. Najbardziej zdesperowani i żądni podróży pasażerowie usiłowali podobno po postawieniu czubka buta na fragmencie stopnia wielkości pudełka zapałek łapać się zębami (w rękach były często torby i paczki) za kołnierz szczęśliwca, który stał pełną nogą na stopniu i trzymał się poręczy.

Również trafiali się podróżni kamikadze, to jest całkiem zwariowani osobnicy, z pogardą dla śmierci w oczach, którzy jeździli na tak zwanym cycku (buforze ostatniego wozu). Trzymali się rękami ram okna i końcówek do łączenia kabli zasilających.

W tramwaju (tak na oko na 1 m2 z 12 osób) słychać było czasem różne krzyki zdesperowanych osób. Do legendy przeszedł okrzyk pewnej pani „weź Pan tę rękie. (to nie literówka). Nie, nie Pan, tamten Pan....
.
Jeżeli dodać fakt, iż podróżowano tak również w zimowe dni, kiedy na dworze było minus 20 stopni (wtedy to były zimy…), a drzwi od tramwaju były w z reguły otwarte, to jasnym jest, ze trzeba było posiadać kwalifikacje komandosa, aby podróżować tramwajami w godzinach szczytu w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w Warszawie. Poza szczytem było luźno. Luźno, ponieważ wszyscy mieli obowiązek pracy, a to oznaczało, iż osobnik stający dłuższy czas np. na przystanku w dzień roboczy w południe był grzecznie legitymowany i pytany przez milicje obywatelską, dlaczego nie w pracy. Sam byłem świadkiem takiego zajścia. Wylegitymowany obok mnie osobnik burknął, że jest odlewnikiem i pracuje na nocną zmianę. Za chwilę poproszono mnie i kolegę Kazia S o legitymację szkolną i spytano się, dlaczego nie jesteśmy w szkole (była godz. 11 przed południem. Wyjaśniłem, iż w szkole jest awaria, (co było zgodne z prawdą, bowiem wysiadło ogrzewanie zimą z powodu pęknięcia rury obok szkoły). Zostałem spisany (Kazio również) i jak się dowiedziałem od wychowawczyni, przyszło zapytanie z Komendy, czy rzeczywiście była awaria. Dziwne, ale prawdziwe.

Mimo takich lekko wariackich warunków podróżowania ludzie znosili to z humorem. Nie istniał wyścig szczurów jak dzisiaj, na zasadzie pierwszy do miejsca na parkingu, pierwszy do bankomatu, pierwszy do skrętu, (czyli jak ominąć czekających w kolejce na światłach i się wepchnąć), pierwszy, pierwszy, pierwszy.....

Ponieważ w zasadzie nikt nie miał nic, nie występowało zjawisko zawiści i dążenia „po trupach” do osiągnięcia upragnionego celu, bo przecież trudno dążyć do tego, co i tak były nieosiągalne. Tak zwane "polskie piekiełko" rozwinęło się dopiero później...

Społeczeństwo odczuwało jeszcze skutki niedawno zakończonej wojny. Na ulicach w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych widziało się dużo inwalidów. Ludzie Ci byli traktowani z szacunkiem. Choćby nie wiem, jaki był tłok, kiedy podchodził inwalida o kuli do tramwaju na przystanku, rozlegał się jakiś głos. „Wsiadaj Pan. Panowie, miejsce, bo mu szkopy nogie (to nie literówka) zabrali”. Potem zaś jakaś niewidzialna siła zasysała go do środka. Również, co wydawało się czarną magią, do zatłoczonego tramwaju dostawała się (przednim wejściem) kobieta z wózkiem i z dzieckiem.

Jak widać, warunki komunikacji publicznej oferowanej przez Miejskie Zakłady Komunikacyjne (MZK) w stolicy były trudne, ale kto by się wtedy tym przejmował? Jechało się! Nawet szybko po pustych ulicach. I to było najważniejsze.
Zapisane

Jacek M
Phinek
Gość
« Odpowiedz #1 : 03 Kwietnia 2009, 00:35:21 »
0

 .
« Ostatnia zmiana: 12 Stycznia 2011, 02:28:25 wysłane przez Phinek » Zapisane
102N
Zawiadowca
****
Długość toru:: 466 m

W terenie W terenie



jakub.luczak
« Odpowiedz #2 : 03 Kwietnia 2009, 07:42:56 »
0

A dzisiaj kryzys.
O pracę trzeba się prosić.
Kalisz-lata 70.
Nysa MO staje pod kawiarnią.
Wbiega trzech Milicjantów,dwóch pilnuje wejścia.
Słychać krzyk:"Flepy!"(dokumenty)
Kto nie miał pieczątki w dowodzie ,że ma pracę wsiadł do Nysy.
Dostał pracę.
Dzisiaj jakby się to praktykowało?Jaki kryzys?

A co do tramwajów:
w Poznaniu autubusy nie popadły w niełaskę,bo kierowcy ruszali z otwartymi drzwiami :mrgreen:
Zapisane

1. Admin / Moderator ma zawsze rację.
2. Gdy Admin / Moderator nie ma racji - patrz punkt 1.
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!