Świat kolejek wąskotorowych SMF
29 Maj 2022, 01:43:26 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Serwer FTP już działa! Szczegóły na forum.
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Z pamiętnika palacza (niekoniecznie parowozowego) – wątek tytoniowy.  (Przeczytany 1813 razy)
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« : 09 Styczeń 2022, 15:52:27 »
+11

Dziś nie będzie o kotłach parowozowych, zasilaniu paleniska, właściwych sposobach spalania, czy konstrukcji rusztu. Dziś opowiem o czymś co dla niektórych może być utrapieniem, dla drugich obrzydlistwem, a jeszcze dla innych pasją. Dziś będzie o paleniu… tytoniu. Tak, drodzy Czytelnicy – będzie to luźny temat rozrywkowy w którym kolej, a jakże, będzie się przewijała, ale nie będzie główną atrakcją. Zaczynamy!

Jak niektórzy wiedzą, a inni się zaraz dowiedzą, urodziłem się w roku, gdy na stanie kolei w Polsce było ponad 4000 lokomotyw parowych, z których czynnych było ponad 2600 szt., które to kopciuchy wykonywały prawie 1/3 przewozów w przedsiębiorstwie PKP. Tak, jestem z rocznika 1975. To były całkowicie inne czasy, o których można by godzinami opowiadać, i tak diametralnie różne od tego co jest teraz, że niektórym będzie trudno w to co napiszę uwierzyć.

Otóż od małego pamiętam że wszędzie było pełno dymu – Warszawa dymiła kominami kamienic, szpitali, fabryk, na Powiślu dymiła Elektrociepłownia, dozorcy palili w parkach liście, a dekarze grzali w opalanych dechami beczkach smołę. Na każdej budowie z każdego barakowozu dumnie sterczała zardzewiała blaszana rura wysyłająca w atmosferę żółto-brunatny węglowy dym. Dymiły wagony kuszety, sypialne i Warsy na Centralnym, w każdej budce dróżnika (nawet tej w tunelu między Śródmieściem a Ochotą) był piec, a przy domku hałda węgla zagrodzona deskami, no i oczywiście spotykane (nawet w Warszawie) parowozy kopciły niemiłosiernie.

Co więcej – w każdym urzędzie, restauracji, szpitalu, szkole (no, może poza podstawówkami) i w każdym pociągu się paliło. Co ja mówię „paliło” – jarało się na potęgę! Jak EW55 czy EN57 stawał w peronach i następowało rozsunięcie drzwi, to wraz z wypływającym dołem tłumem czarno-brunatno-szarych postaci buchał z wnętrza uciekający górą niebieskawy kłąb dymu. Kto pamięta podłogi w Przedziałach Służbowych? Na ciemnobrązowym linoleum były setki, tysiące czarnych plamek wykonanych poprzez kiepowanie petów. Tak, cała Polska dymiła czym mogła: węglem i tytoniem.

Papieros w ustach czy w dłoni był w tych czasach nieodzownym towarzyszem przynajmniej polowy Polaków. W mojej rodzinie też było tak, że połowa oddawała się wciąganiu dymka, stąd być może i moja „fascynacja” tytoniem od najmłodszych lat. Nie, nie chcę powiedzieć że paliłem od maleńkości, z resztą o tym będzie później, tylko dym tytoniowy uczestniczył w mym życiu jako nieodłączny element egzystencji. Mało tego – był on swego rodzaju symbolem dorosłości, dobrych kontaktów towarzyskich, czy bycia kimś. Palili głównie mężczyźni, a więc ja, jako chłopiec gdzieś sobie kodowałem, że palenie to męska rzecz. Taka jak golenie czy krawat.

W połowie lat 80, gdzie umiejscowione czasowo są opisane początki mych wspomnień, nie było mowy o dostępności zagranicznych wyrobów dymotwórczych, zaś Polski Monopol Tytoniowy dostarczał kilka rodzajów papierosów: były najtańsze Sporty potem zamienione na Popularne, których dym był uciążliwy dla otoczenia. Nieco lepszymi były Klubowe – takie palił mój Tata. One pachniały już lepiej i miały filtr, co dodawało im klasy. Jeszcze lepszymi były okryte niebieskim papierem Caro. Natomiast jak ktoś w pobliżu zapalił „damskiego” Carmena albo mentolowego Zefira, to aż stawałem na palcach aby wciągnąć w płuca niebieską mgiełkę która pachniała bosko. To był aromat tak piękny, że trudno mi się było oprzeć chęci niuchania. O Marlboro z Pewexu pisał nie będę, bo chyba nie zdarzyło mi się spotkać wtedy kogoś, kto taki skarb by palił…

Pamiętam coś, co zawsze robiło jeszcze większe wrażenie, i nie tylko na mnie – ktoś palący fajkę nabitą tytoniem Amphora. Był (i jest) to legendarny tytoń o aromacie tak intensywnym i cudnym, że można było się w nim zakochać od pierwszego wywęszenia. W czasach gdy właściwie w Polsce królowały no, nazwijmy to wprost, smrody: z rur wydechowych, śmieci, syfu na ulicach, setek kominów, zaszczanych bram, starych palt trzymanych w szafie z naftaliną, stęchlizny podwórek, ziejących smażeniną zagrzybionych izb, braku higieny i ogólnej siermiężności z rzadka tylko przecinanej jakimiś duszącymi pachnidłami typu „Przemysławka”, „Prastara”, „Driada” czy „Być Może” ciągnący się za takim panem pykającym fajeczkę zapach tego tytoniu był zapachem innego świata, zdawało się wstępem do innej, lepszej rzeczywistości.

Moją przygodę z tytoniem zacząłem (póki co teoretycznie) dzięki… tygodnikowi „Przekrój”. Ten czytany u mnie w domu periodyk zawierał  stałą rubrykę p.t.: „Fajka mniej szkodzi” propagującą alternatywę dla papierosów. Zawierała ona opisy fajek, zawiłości techniczne ich produkcji, sposoby użytkowania, przepisy na sporządzenie własnych tytoniów, itd., zawierała też informacje o klubach i zawodach fajczarskich (tak, tak – są takie!). Z zapartym tchem zgłębiałem kolejne odcinki poradnika – będąc w identyczny sposób podniecony jak czytając w „Młodym Techniku” rubrykę „Lokomotywy polskich szlaków” (kto pamięta, ten wie,że miesięcznik Młody Technik w połowie lat 80 był jedynym wydawnictwem traktującym o kolei w kontekście hobbystycznym). Sam byłem dużo-trochę za młody na uprawianie dymienia (miałem może 10 lat) więc próbowałem paleniem fajki zainteresować mego Ojca kupując Mu na urodziny odpowiedni sprzęt i tytoń, jednak przyzwyczajenie do papierosów było u Niego nie do pokonania. Poza tym palenie fajki to dość złożony i pracochłonny proces, co nie każdemu odpowiada.

Był to jakiś rok 85-86. Któregoś dnia mój o rok starszy kolega przyjechał na rowerze z dziwnie tajemniczą miną i powiedział że ma niespodziankę. Pojechaliśmy do lasku i zaszyliśmy się w zarośla. Kolega rozejrzał się sondując otoczenie czy jesteśmy poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku i po upewnieniu się że miejsce jest bezpieczne wyciągnął ukryte w kieszeni, zakoszone rodzicom dwa papierosy…
Panowie, uczucie tego co się za chwilę zdarzy, jakaś taka niepewność, trochę strachu, a za razem podniosłość dały się we znaki, bo obu nam się ręce trzęsły. To miał być krok w nieznane, krok w dorosłość, ale o tym co się dalej wydarzyło napiszę w następnym odcinku.
« Ostatnia zmiana: 09 Styczeń 2022, 15:57:42 wysłane przez Kucyk » Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Trabant
Dyrektor
*****
Długość toru:: 544 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #1 : 15 Styczeń 2022, 17:23:38 »
0

Opisujesz swoją historię palenia, nieźle. Ja czekam na zielony wątek.
Zapisane

PRÓŻ / ŁAD
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #2 : 15 Styczeń 2022, 19:14:22 »
+9

Zatem dymowych historii ciąg dalszy. Póki co niebieskawych, choć z czarnym akcentem na końcu odcinka.

W poprzedniej części mej gawędy tytoniowej w nutką kolejową w tle napisałem że Polska początku lat 80 (którą już jako-tako pamiętam) strasznie śmierdoliła. W tym zasobie nieciekawych zapachów aromat tytoniu, szczególnie dobrego tytoniu, mienił się niczym piękna, biała lilia na zarośniętym rzęsą bajorze. Nic więc dziwnego, że mnie – dziesięciolatka, ciągnęło aby spróbować dymu.

Z tego pierwszego „palenia” papierosa niewiele pamiętam, jednak w mych zwojach mózgowych utkwiły dwie sprawy: po pierwsze dym tytoniowy (o dziwo) mi bardzo smakował, a po drugie, że okropnie się bałem aby rodzina nie poczuła że jarałem. Stąd powrót do domu odwlekałem jak mogłem, żując jakieś liście czy trawę aby z gęby nie jechało. Tu taka dygresja dla młodszych Czytelników – obecnie wystarczyłoby zeżreć gumę i było by po sprawie. Ale w połowie lat 80 guma do żucia była dla dzieciaków dobrem tak luksusowym jak… no nie wiem do czego porównać, teraz wszystko jest dostępne. W każdym razie gumy kupowało się na sztuki w „zieleniakach” – były to słynne „Donaldówy” z komiksami, lub na listki w kioskach RUCHu – tam królowała pomarańczowa w smaku guma „Bolek i Lolek”. Kosztowały one krocie biorąc pod uwagę ile się kieszonkowego dostawało. Same sklepy były oddalone od siebie w miastach o kilometr czy więcej, na wsiach to już w ogóle były kilometry, więc trudno było mieć balonówę na podorędziu, zwłaszcza że smak jej był tak kuszący wobec ogólnie otaczającej bezsmakowości PRL, że nikt nie był się w stanie oprzeć jak najszybszemu wprowadzeniu przysmaku do paszczy jeśli go tylko posiadł.

Z tym kolegą czasem jeszcze popalałem w zaroślach jakieś podwędzone rodzicom szlugi, aż nadszedł dzień wielki – zbieraliśmy obaj pieniądze chyba z tydzień i zakupiliśmy, a właściwie to kolega zakupił, pierwsze papierosy. Były to Klubowe. I to nie byle jakie – Klubowe King Size! Tu znów mała dygresja – papierosy miały standardowe długości: najpopularniejsze w tych opisywanych przeze mnie czasach były te mierzące ok. 6 cm. Zarówno z filtrem bibułowym (Klubowe, Mocne, Ekstra Mocne, Caro, Radomskie, Łódzkie) jak i bez filtra (Popularne, Poznańskie, Giewonty). Ta długość papierosa obecnie nie jest już spotykaną. Drugą długością były papierosy „King Size”. Od nazwy których Machulski zrobił film o krasnoludkach. Miały one z 8 cm i były klasą premium wśród wyrobów tytoniowych. Wszystkie kingsajze były wyposażone w filtry, często acetatowe (z watki, a nie z karbowanej bibuły) oraz zasadniczo były aromatyzowane. Do najsłynniejszych można zaliczyć Carmeny, Zefiry (mentolowe), Dukaty i, w późniejszym czasie, Opale czy Wiarusy.

Na rynku wyrobów tytoniowych rzadko dostępne były marki „zagraniczne”, to znaczy nikt tak o nich wtedy nie mówił, bo w PRL „zagraniczny” = zachodni, z krajów kapitalistycznych, a „ruski” = nie-zachodni. Były albańskie DSy, Genty czy Arberie, jugosłowiańskie Yugo, czy zabójcze kubańskie Partagasy zawierające często we wnętrzu patyki – wszystkie w wersji King Size. Tu taka dygresja że papierosy Gent były pakowane „na odwrót” czyli filtrem do dołu paczki, co jak najbardziej było rozsądne technologicznie, bo przy wyjmowaniu z paczki nie dotykało się paluchami ustnika, jednak przyzwyczajenia były silniejsze i nie raz zdarzało się odruchowo zajarać je od niewłaściwej strony…

Wracając do tematu – z kolegą pojechaliśmy na glinianki. W oddali słychać było perkotanie Wlski dzielnie spychającej pełne gliny koleby do budynku gniotownika. Będąc nad brzegiem osłoniętym zagajnikiem z młodych wierzb łowiliśmy ryby i jaraliśmy te Klubowe niemalże jeden po drugim sycąc się „dorosłością”. Niestety skończyło się to, jak się jedynie skończyć mogło. Po pierwsze, miejscowy wędkarz który przyszedł uznał że zajęliśmy „jego” miejsce i nas wygonił zabierając nam Klubowe jako „haracz” za to że nie powie naszym rodzicom że paliliśmy, po drugie mdłości i wymioty uzyskane w wyniku łapczywego kopcenia towarzyszyły mi do wieczora co spowodowało rezygnacje z czynnego uprawiania mego hobby na jakiś czas.

Niektórzy z nas, gdy nie za bardzo im po drodze z prawdziwą koleją, energię kładą na bierne angażowanie się w nią – modelarstwo, gromadzenie wiadomości historycznych, czy różnorakie kolekcje. Ja w pewnym czasie zacząłem kolekcjonować… kartony po papierosach. Pamiętam, że na rogu ulic Solec i Ludnej była taka budka, kiosk właściwie, w którym ubrana w futro umalowana madonna sprzedawała towary luksusowe rodem zza zachodniej granicy. Był to swego rodzaju Pewex, tylko za polską walutę. Dla młodszych Czytelników wyjaśnię, iż typowy sklep Pewex wyglądał dokładnie tak samo jak nasze obecne sklepy (pięknie opakowane markowe słodycze, kawy, alkohole, papierosy, konserwy…) tylko że ceny były tam w dolarach. Był to sklep (dokładnie, a nie w przenośni) z innego, lepszego, zachodniego świata, z krainy dobrobytu, stąd krążył dowcip: Jaki jest szczyt roztargnienia? Przeskoczyć przez ladę w Pewexie i poprosić o azyl polityczny. W tym kiosku, oprócz batonów Mars, gum Wrigley i kolorowych cukierków Lentilków, interesowała mnie szczególnie półeczka umiejscowiona pół metra nad okienkiem. Tam stały istne cuda – mieniące się w nieznanych na codzień, kolorowych opakowaniach najsłynniejsze papierosy świata. Od Marlboro począwszy, przez Camele, Astory, Gold Coast (zwane przez kolegę Gulz-gastami), Rothmanse, Dunhille, Kenty (nie mylić z Gentami) szczęśliwe strajki, czy Winstony. Ale były też tam pety rzekł bym mityczne - które można było spotkać jedynie w scenach z amerykańskiej produkcji „Dynastia” i… na wiejskich strzelnicach. Były to mierzące 120mm owinięte w elegancką, ciemnobrązową bibułkę szlugi Dumont. I podobne, choć już w jasnej karnacji, 12-centymetrowe Eve. Odpustowe strzelnice po prostu stosowały je jako atrakcyjne nagrody – stały te papierosy nadziane na wykałaczki, kto je (w znaczeniu wykałaczkę) zestrzelił, ten otrzymywał pecika. Oczywiście taki papierosek po wielu dniach bycia celem nie tylko był namoknięty, wywietrzały, ale i poprzestrzelany odłamkami śrutów, lecz i tak stanowił marzenie strzelców.

Za tą budką był… no, wiadomo – śmietnik. W tym śmietniku lądowały opakowania, także po papierosach. Początkowo gromadziłem kartony w domu ustawiając całe na półce, później, jako że miałem ich kilkadziesiąt, a jedno opakowanie miało z litr objętości, ekspozycja stawała się niewygodną poprzez ciągłe spadki, zatem wycinałem z nich przednią ściankę i „tapetowałem” nimi ścianę. Z resztą w drugiej połowie lat 80 różne formy zbieractwa pustych kapitalistycznych opakował nie były niczym szczególnym – np. kierowcy miejskich autobusów również przypinali igiełkami do osłon przeciwsłonecznych wycięte przody z paczek szlugów, o umieszczaniu pustych puszek 0,33l po imperialistycznej Coca-Coli, czy sprowadzonym z Niemiec duńskim piwie Tuborg między ramkami osłon a podsufitką nie wspomnę. Tu, jeszcze słowo o autobusach MZK (bo tak kiedyś nazywał się warszawski miejski przewoźnik) w każdym Ikarusie, Berliecie czy Jelczu Ogórku była przyśrubowana oczywiście wkrętem mocującym jakiś element osłony pulpitu puszka-popielniczka. W wersji de luxe od orzeszków ziemnych przywiezionych przez kogoś znajomego z NRD, a w wersji podstawowej z puszki po rozpuszczalnej Kawie Mocca z zakładów Amino. Ja wiem, że młodsi nie uwierzą w to, ale kierowcy (oraz motorniczowie tramwajów oczywiście) jarali bez żadnych ograniczeń podczas prowadzenia pojazdów. Mało tego – przednia część pasażerów też się inhalowała, bo przecież nie było przegród oddzielających kabinę wodza od przedziału dla ludu. Ale zaręczam – nikt, absolutnie nikt, się nie burzył. Takie to były czasy.

Na tym samym piętrze w moim bloku mieszkał ksiądz. I to widać, słychać i czuć było – zamożny ksiądz. Spokojnie, spokojnie – nie będę pisał jak brał mnie na kolana i głaskał (o tym będzie osobny odcinek) – otóż gdy wychodził ze swego lokum, jak zawsze elegancko ubrany, zamykał znajdujące się w drzwiach 2 specjalne antywłamaniowe zamki z których dobiegające odgłosy utwierdzały otoczenie w przekonaniu że morze hartowanych zapadek strzec będzie autonomii lokalu, na klatce długo jeszcze unosił się zapach drogiej wody kolońskiej i… dymu z papierosa. Ale jakiego dymu! – boskiego, anielskiego. Ale z jakiego papierosa? A o tym będzie następny odcinek.
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #3 : 22 Styczeń 2022, 18:11:09 »
+5

Ostrzegam, że w tym odcinku nie będzie specjalnie o kolei, stąd mniej zainteresowani czytelnicy mogą po postawieniu plusa, skomentowaniu i zasubskrybowaniu kanału przewinąć wątek do następnej części w której już będzie parowozowo, ale wtedy nie dowiedzą się co mi ksiądz dał do japy i co mu wypadło z pod sutanny. Jedziemy!

Zapach dymu jaki zostawał za księdzem był niespotykany. Wiedziałem, że muszą to być jakieś zagraniczne szlugi, ale jakie? Postanowiłem wyszpiegować jaką markę jara wielebny. Jako że duchowny był wyjątkowo systematyczny, to znaczy wychodził z mieszkania z odpalonym papierosem, długo zamykał te swoje zamki i wtedy szedł w dół schodami ku wyjściu, postanowiłem nasłuchiwać charakterystycznych odgłosów przekręcania kluczy w antywłamaniowych zasuwach. Kto mieszka w bloku w którym jest centralnie wewnątrz przestrzeń, tzw. studnia na około której są mieszkania, ten wie, że ściany niby tłumią, ale klatka wszystko niesie. Każdy odgłos. Któregoś wieczora usłyszałem charakterystyczne chrzęsty księżych zamków. Szybko ubrałem się (była to zima), wyszedłem i zacząłem śledzić ofiarę, której sylwetka rysowała się w ciemności idąc alejką wzdłuż parkingu w stronę ulicy Solec i znacząc za sobą przestrzeń dobrymi perfumami i aromatycznym dymem. W pewnym momencie zobaczyłem jak czerwony punkcik spada na trawnik koło chodnika. Przystanąłem na trochę aby ksiądz oddalił się i po chwili zbliżyłem do tego miejsca wypatrując gdzie kiep się ułożył aby odczytać nadrukowaną na bibule nazwę. I wtedy usłyszałem głos ojca: „A ty gdzie idziesz?”. Tata stał 3 metry ode mnie między samochodami na parkingu i zamykał „malucha” – widocznie chwilę wcześniej przyjechał. Zamarłem na moment, bo zdałem sobie sprawę iż byłem o krok od wpadki w mej konspiracyjnej pracy, ale jakoś neurony wygenerowały ze zbitków ostatnio zarejestrowanych informacji komunikat: „Yyy… Idę zobaczyć czy jutro jest religia bo ktoś mówił że lekcje są odwołane”. To był czas gdy religii nie było w szkołach, a na zajęcia chodziło się 2 razy w tygodniu do salek katechetycznych przy kościołach. Jakoś ten ksiądz, kierunek jego (i mego) przemieszczania się zgrały i były logiczne, stąd powstało takie właśnie alibi. Pobiegłem, aby jak najszybciej opuścić teren niebezpieczny i dopiero gdy byłem już kilkadziesiąt metrów dalej zwolniłem cały czas nerwowo w głowie rozpatrując co by było, jakby Ojciec, którego nie zauważyłem, a stał dokładnie naprzeciw miejsca gdzie miałem szukać dogasającego kiepa, zobaczył moją „pracę” i „znalezisko”. Odetchnąłem z ulgą – tak, dziś udało się! Szedłem dalej chodnikiem w stronę ulicy Ludnej i nagle znów zauważyłem znajomą sylwetkę. Tak, to był śledzony przeze mnie ksiądz! Po kilku sekundach zaszło coś, co wywołało u mnie dreszcze – obiekt zainteresowania zatrzymał się przy słynnym kiosku z towarami luksusowymi i schyliwszy się do okienka coś powiedział wyciągając portfel. Od razu wiedziałem co przedstawiciel kleru chce kupić… Decyzję o działaniu trzeba było podjąć błyskawicznie. Niczym spłoszony na miedzy zając wystartowałem sprintem w stronę budki. Po chwili stałem przy witrynie niby to obserwując leżące za szybą słodycze, ale w rzeczywistości zezując co się na blaciku przed okienkiem pojawi. Duchowny podając do wnętrza banknoty to zauważył, popatrzył na mnie wymownie, uśmiechnął się i widać było że poznał młodego sąsiada, a następnie nachyliwszy się do okienka powiedział: „Da pani jeszcze te cukierki”. Kilka sekund później ksiądz wręczył mi paczuszkę niemieckich owocowych dropsów pudrowych – takich prostokątnych pastylek z wizerunkiem marynarza na kolorowym opakowaniu. Mnie jednak interesowały zupełnie inne „cukierki”. Drugi raz w przeciągu kilku minut miałem ogromne szczęście. Na parapecie leżały dwie luksusowo wyglądające paczki papierosów. Udało mi się dojrzeć ich nazwę. To były papierosy Barclay…

Problem jaki się pojawił to cena owych papierosów. Kosztowały one jakieś niebotyczne ilości złotówek. Trudno dziś przeliczać PeeReLowskie Złote na obecne PeeLeNy, bo rynek socjalistycznej gospodarki można było traktować jako żywe definicje chaosu i niekonsekwencji. Ale próbując znaleźć równowartość ilościową pieniądza opowiem tak: dostawałem w 1988 r. 2000 zł kieszonkowego miesięcznie. Jest to odpowiednik powiedzmy 200 zł obecnych. Polskie papierosy lepszej klasy kosztowały 150 zł, czyli tak jak dziś – 15 PLN. A za te Barkleje musiałbym dać prawie połowę miesięcznego budżetu, bo kosztowały powiedzmy 800zł (80 dzisiejszych). Nic więc dziwnego że musiałem trochę poczekać aby zebrać fundusz, tym bardziej że ostro się wtedy wkręciłem w hobby fotograficzne związane ściśle z koleją, a w tych czasach aby zobaczyć wykonanie przez siebie zdjęcie trzeba było wydać hajs najpierw na kliszę, potem tę kliszę oddać do wywołania i wykonania odbitek w zakładzie fotograficznym – czymś takim, co przeminęło jak parowozy. Nie wiem nawet czy w Warszawie jest jeszcze jakiś prawdziwy zakład fotograficzny, poza takimi „muzealnymi” w stylu jak parowozownia we Wolsztynie. W końcu jednak udało mi się zebrać odpowiednią wolną kwotę i zakupiłem przepiękną paczkę papierosów. Tu jeszcze jedna dygresja dla młodszych czytelników – w dawniejszych czasach (chyba) nie było zakazu sprzedaży papierosów nieletnim, a w każdym razie jeśli był, nikt jego nie respektował. Czasem sprzedawczyni w kiosku pytała: „A to dla taty?” oczywiście wydając już paczkę, ale nigdy, absolutnie nigdy nie spotkałem się z odmową sprzedaży. Dopiero w obecnych czasach jak się jest małolatem aby kupić piwko czy szlugi trzeba się kogoś starszego prosić. Natomiast zakup zapałek (zapalniczki wtedy były luksusem – były drogie, wielorazowe i najczęściej benzynowe) był problematyczny. Jeśli kupowało się „kamień” czyli opakowane w szary papier 10 pudełek, to nie było problemu, za to chęć zakupu przez dzieciaka jednego pudełka spotykała się zasadniczo z odmową. Było to związane z popularnym wówczas równaniem propagandowym: dziecko + zapałki = pożar. Po przestawieniu stronami mogliśmy się dowiedzieć skąd się biorą dzieci: pożar – zapałki = dziecko. Tu jeszcze jedna mała dygresja: w przedwojennych przepisach kolejowych maszynista był zobowiązany podczas służby posiadać przy sobie dobrze wyregulowany zegarek i… zapałki. Starzy mechanicy opowiadając tę historię starali się nabrać młodych przekonując że zapałki były niezbędne jakby parowóz na szlaku zgasł. W rzeczywistości chodziło o odpalanie powszechnie wtedy używanych na pojazdach naftowych reflektorów sygnałowych. Wracamy do tematu!

Miałem więc w ręku ramkę wymarzonych szlugów które nawet przez folijkę pachniały nieziemsko, ale postanowiłem że na degustację rarytasu przyjdzie czas w weekend, gdy gdzieś w ustronnym miejscu nic nie będzie mi rozpraszało uwagi. Idąc ulicą dotykałem trzymaną w kieszeni kurtki drogocenną paczkę kilka razy wyciągając dłoń i wąchając opuszki które niosły na sobie przepiękny aromat luksusu. Wchodząc na schody w bloku (mieszkałem na I piętrze) jak zwykle postanowiłem pokonać je susami po 3 stopnie. Przy którymś z ostatnich hopków usłyszałem serię miękkich stuknięć, potem przerwę i głośniejsze plasknięcie czegoś na lastrykową posadzkę na środku klatki schodowej. Zdałem sobie w ułamku sekundy sprawę że podczas wbiegania z kieszeni mej kurtki wydostał się skarb i to on spadając po schodach wydał sekwencję odgłosów zakończoną głośniejszym lądowaniem na podłodze hallu. Zbiegłem ratować moje papieroski i gdy je namierzyłem i się schyliłem by podnieść, w tym momencie nastąpiło skrzypnięcie drzwi wejściowych w których stanął… no nie kto inny, tylko mój Ojciec. Na wszelkie ruchy było za późno bo właśnie uniosłem paczkę, i w tym momencie padło sakramentalne: „A co tam masz?”. Odpowiedziałem że papierosy – bo co innego mogłem odpowiedzieć skoro w ręku je miałem? Ale zaraz dodałem: „Komuś wypadły”, co z resztą było całkowitą prawdą, po czym podałem je Tacie. Ojciec w domu z zainteresowaniem obejrzał znalezisko, wyciągnął jednego i zapalił. Aż przełknąłem ślinę gdy po mieszkaniu rozszedł się przepiękny zapach najlepszego tytoniu. O dziwo Tacie jednak wyrób nie smakował. Dopalił do połowi po czym (o zgrozo!) skiepował w popielniczce rzucając jednocześnie stwierdzenie: „Strasznie perfumowane”. W tym momencie weszła do pokoju moja Mama (niepaląca), wciągnęła w nos niecodzienny obłok i stwierdziła: „Ale piękny zapach papierosa, takiego jakie pali ten ksiądz z pod szóstki”. Na to Ojciec stwierdził: „To pewnie jemu wypadły…”. „Tak” – dodałem – „To na pewno ten ksiądz zgubił!”. A potem poszedłem do swego pokoju i zacząłem się zastanawiać jak odzyskać ten mój skarb za 800 złotych.
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #4 : 30 Styczeń 2022, 15:32:17 »
+7

Panowie, no co Wy myślicie – że jestem jakiś kardiochirurg? Że moja opowieść złapie za serce? Nic z tych rzeczy – pragnę przedstawić świat po którym zostały tylko wspomnienia. Świat, w którym królowała kolej, parowozy, ale też i moja młodość. Stąd nie spodziewajcie się że będzie tylko o kolei.

W poprzednim odcinku zaliczyłem „przypał” z nabytymi luksusowymi fajkami, który zakończył się tym, że otwarta paczka Barklejów z której został przez mego Tatę wyjęty jeden papieros leżała na stole. I tu była skucha, bo gdyby brakowało w niej kilku szlugów, to bym pewnie podłączył się do niej i tego jednego, dwa na spróbunek bym miał, a tak to wyjecie dodatkowego peta z miejsca byłoby widoczne. Po dwóch tygodniach cierpienia (wwąchiwałem się w aromatyczne wnętrze codziennie wyobrażając sobie jakie to musi być uczucie gdy się zajara taką delicję) wujo wybawił mnie z tarapatów gdy przy brydżu zabrakło mu jego ulubionych Carmenów, zaś ojcowskie Mocne nie były mu w smak. Choć w tym przypadku problem się odwrócił – wujo wyhajcował prawie całą racę zostawiając cztery sztuki. Zaryzykowałem i w paczce zostały 3… Tego Barclay’a wypaliłem z namaszczeniem w śnieżnej aurze nad zamarzniętym stawem z brzegu którego w różowawej poświacie zachodzącego zimowego słońca obserwowałem przejeżdżające co raz pociągi linii radomskiej. I powiem tak – ten jeden papieros był wart tego całego zachodu, tych 800 zł, tych nerwów, kombinacji, podchodów, bo smak miał nie tylko wspaniały (dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem) ale dodatkowo „przyprawiony” był „aromatem” wszystkich przeżyć jakie towarzyszyły jego zdobyciu. Później paliłem jeszcze kilka razy tę markę, i zawsze była ona inna niż wszystkie, ale już nigdy żaden Barclay tak mi nie smakował jak ten pierwszy.

Jak niektórzy wiedzą, a inni zaraz się dowiedzą, przełom lat ‘80 i ‘90 oznaczał dla mnie początek przygody z parowozami. Były to normalnotorowe, w pełni sprawne Ty2 grzejące hale stacji Warszawa Główna. W drugiej połowie lat ’80 zacząłem tam się pojawiać i po jakimś czasie nabrałem wiedzy i zdobyłem zaufanie maszynistów do tego stopnia że jak się tylko pojawiałem, to zostawiali te parowozy pod moim dozorem by udać się na zakupy, bądź częściej – handlować rzeczami przewiezionymi zza wschodniej granicy (maszyniści byli z Małaszewicz, więc zaopatrzenie mieli jak ruscy z pod Pałacu Kultury i Nauki o których też kiedyś napiszę). Którejś soboty siedziałem sobie w budce „dwójki”, zaś na torze po drugiej stronie peronu stały ruskie wagony sypialne przeznaczone chyba dla obsługi pociągów. Miały one ogrzewanie lokalne z pieców c.o. Nagle do budy zastukał jakiś gość mówiąc po wschodniemu żeby dać mu węgla. Nie czekając na zezwolenie koleś wlazł jak do siebie i nadstawił rozwarty wór. Zacząłem zgarniać z podestu szuflą bryły i sypać w gardziel sakwy. W końcu worek się napełnił, natomiast gość zza pazuchy wyciągnął drugi… Gdy i ten został wypchany kilkudziesięcioma kilogramami opału obcokrajowiec wręczył mi dwa pudełka z tekturki z czymś w środku i w asyście stękań zacząć się siłować z opuszczeniem zdobyczy z poziomu podłogi kabiny na peron, po czym trofeum założył na grzbiet i tak zaniósł do siebie. Gdy zarzucił na plecy drugi wór do parowozu przyszedł wracający z miasta maszynista z torbami zakupów który widząc że trwa transport węgla od razu zapytał: „Ile dał?”. W odpowiedzi pokazałem mu przez okno owe dwa pudełka w których kompletnie nie miałem pojęcia co się znajduje. Maszynista na ten widok postawił siaty na peronie, złapał za niesiony na plecach worek, zerwał go z pleców tragarza i w krótkich słowach opier… ruska że za mało się odwdzięczył. Ten przerażony zanurkował we wnętrzu wagonu po czym pojawił się z charakterystyczną butelką Stolicznej w dłoni. Dopiero wtedy mechanik pozwolił mu zabrać paliwo. Maszynista wszedł do budki i dobitnie wyjaśnił całą sytuację – mianowicie istniał prosty przelicznik sprzedaży węgla: jeden worek – jedna butelka. I dostałem wyraźne polecenie że mam nie psuć rynku. Kolejarz chyba zdał sobie sprawę że też nie za bardzo kumam co dostałem, wziął w dłoń ode mnie jedno pudełko, otworzył je, po czym wyciągną z wnętrza coś, co przypominało papierosa. Była to tekturowa biała rurka, do której przyklejono kawałek przeźroczystej bibuły z tytoniem wewnątrz. Proporcje były takie że ta rurka była dwa razy dłuższa od tej przedniej części. „To są najgorsze ruskie papierosy” – zaczął tłumaczyć – „Tylko tyle jest palenia, a reszta to ustnik który trzeba o tak zgnieść, bo inaczej tytoniu się można najeść”. W tym momencie spłaszczył palcami dwukrotnie ową tutkę: przy tytoniu pionowo, a kawałek dalej poziomo, po czym okazał mi tak przygotowanego peta, a gdy obejrzałem dziwactwo cisnął go z nieskrywanym obrzydzeniem na mokry węgiel. Widząc me zdziwienie dodał: „Tego się nie da palić, takie cholerstwo jest mocne. We łbie się kołuje. Zostawię je, może ktoś będzie chciał, to sobie wypali” – powiedział kładąc oba opakowania w zagłębieniu bocznej wyczystki kotła. „Dobra, idę do kapciory zanieść zakupy a ty sypnij do pieca trochę, bo już chyba trzeba” dodał patrząc na manometr i wodowskaz, po czym zszedł z parowozu i poczłapał z siatami do pomieszczenia na końcu peronu. Ja puściłem dmuchawę, wyłożyłem piec i gdy para się podnosiła sięgnąłem po odłożoną na kocioł paczkę. Była z chamskiej tektury, na wierzchu miała narysowaną jakąś mapę z zaznaczonym na czerwono punktem z opisem bukwami. Wyżej był półokrągły niebieski napis po rusku „BIEŁOMORKANAŁ”. Paczka wyglądała ohydnie, zwłaszcza że nadruk mapy był taki żółtawy. Powąchałem zawartość – pachniała nawet ciekawie takim zwykłym tytoniem. Postanowiłem wyrobu od braci ze wschodu spróbować, ale nie teraz. Biełomory umieściłem z powrotem na kotle i zająłem się obsługą inżektora. Minęły ze trzy godziny i zbierałem się do domu. W tym czasie gorąc na kotle sprawił że papieroski wyschły na wiór. Jednego zakosiłem i udałem się do kanciapy pożegnać się z maszynistą. W kapciorze mechanik parzył sobie akurat ruską herbatkę zalewaną wrzątkiem z ruskiej grzały-buzały, a na obrusie z gazetki leżał pokrojony ruskim nożykiem boczek faszerowany. Pachniał bosko czosnkiem. Maszynista nagle wpadł na pomysł – „Jasiu, a może napijesz się ze mną kielicha?” zagadnął wyjmując na stół butlę Stolicznej, którą już wcześniej troszkę napoczął. Po kilkudziesięciu minutach szedłem miękkim krokiem zadowolony z ciepła wewnętrznego jaki dawała mi spożyta wódeczka i wtedy idąc w stronę peronów, stwierdziłem że jest to idealna chwila by tego szluga wyjarać. Na skrajnym torze przy budynkach magazynów stały dopchnięte do rampy wjazdowej gotowe do załadunku platformy Laaers. To były takie dwupoziomowe lekkie konstrukcje, rodzaj lawety samochodowej na szynach. PKP miało w swej ofercie tzw. „autokuszetki” czyli pociągi w których można było „nadać” na wakacje swój samochód. Po prostu autko nasze jechało na tej lawecie, a my w tym samym składzie – we wagonie. Takie pociągi kursowały do początku lat 90 z Warszawy Głównej bodajże do Zakopanego i Kołobrzegu. Swoją drogą były to chyba ostatnie „towosy” na naszej kolei. Stanąłem przy Laaersie po drugiej stronie aby nikt mnie nie widział i wyjąłem z kieszeni Biełomora. Tak jak pokazywał maszynista ścisnąłem tekturowy ustnik w dwóch miejscach. Spodziewałem się że papieros będzie mocny, więc pierwszego macha wziąłem delikatnego. Smak był paskudny – coś jakby płonęły jakieś śmiecie. Ale uderzenie nikotyny w głowę było natychmiastowe i przyjemne. Aż za bardzo przyjemne. Wziąłem drugiego bucha nieco większego. Skręciło mnie od goryczy dymu, ale twardo zaciągnąłem się. W głowie czułem narastający szum a świat zaczął się bujać. Było ekstra. Postanowiłem: „raz kozie śmierć!” i złapałem trzeciego macha, tym razem ciągnąc gębą tyle dymu, ile się da. Wysuszony na kotle tytoń spalał się błyskawicznie z sykiem i trzeszczeniem generując gorzki opar. W ostatniej chwili gdy żar dochodził do tektury ustnika, a dym stał się gorący odrzuciłem niedopałek i całą zawartość ust wciągnąłem głęboko do płuc starając się jak najdłużej wytrzymać bez wydechu. W tym momencie świat wywrócił się go góry nogami. Wagon zaczął się walić na mnie, ja starałem się przytrzymać go wbijając palce w kratę okalającą konstrukcje, moje nogi falowały, szum morza w głowie wzmagał się, dookoła latały jakieś dziwne ptaszki które miały domki w rolkach papieru toaletowego, nakręcały sobie wielkie nakrętki na główki, drogą szła łyżka wazowa, a potem ktoś wyłączył słońce. Ocknąłem się nie wiem po jakim czasie leżąc koło wagonu. Powoli dochodziłem do siebie rozglądając się naokoło czy ktoś mnie nie widzi. Płuca bolały, gardło paliło, a w ustach dominował potworny smak tytoniu, wódki i czosnku z boczku faszerowanego – ewidentnie w międzyczasie rewers się załączył. Próbowałem podnieść się, ale nie było takiej możliwości. Po jakiejś półgodzinie dopiero zacząłem wstawać. Ledwo dowlokłem się do domu i tam przez cały wieczór i noc umierałem. Owe palenie czułem jeszcze przez następny dzień. Już nigdy nie zapaliłem Biełomora, choć były ku temu okazje, a do dziś na samą myśl o tych petach aż mnie wzdryga. Doprawdy nie mam pojęcia jakim cudem ludzie je palili? Znaczy ludzie inni, niż Wschodnia Nacja.
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Cordylus
Zawiadowca
****
Długość toru:: 326 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #5 : 30 Styczeń 2022, 19:15:52 »
+1

Aż mnie zaciekawiło cóż to za świństwo był ten Biełmorkanał, sprawdziłem i olśniło mnie. To właśnie te szlugi palił wilk z "Wilka i Zająca". Widać że zarówno szata graficzna pudełka nawiązuje do nich, jak i sam wygląd papierosów z tym tekturowym ustnikiem i półprzezroczystą bibułką z przodu.
Widać to dobrze w pierwszej minucie:
https://youtu.be/AAAiRq0mSxM
Zapisane
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #6 : 05 Luty 2022, 17:03:23 »
+8

Ooo!... Dokładnie tak! Wilk pali Biełomory, co można poznać że często pecik w jego pysku jest taki pogięty w zygzak – to właśnie od tego zgniatania pseudo-filtra, czyli ustnika.

Dziś będzie o nieco innym paleniu, ale zachęcam do degustacji – będzie ogień, dużo dymu, będzie trochę kryminalnie, a na koniec… A na koniec będzie tytoniowy deser.

Był to jakiś piątek października 1991 r. Dzień przechodził w spokojne, ciepłe i słoneczne popołudnie. Skończyłem lekcje i udałem się tradycyjnie na stację Warszawa Główna odwiedzić „mój” parowóz. Gdy wchodziłem na teren, przechodząc obok słynnych z poprzedniego posta lawet Laaers, zobaczyłem jakieś zamieszanie na czole ekspozycji lokomotyw Muzeum Kolejnictwa. Stały tam w kałużach wody dwa wozy strażackie i krzątało się trochę ludzi. W powietrzu dominował zapach jaki wydaje pogorzelisko: mieszankę ostrej woni spalenizny i smrodu środka do piany gaśniczej. Okazało się że jakiś czas wcześniej płonęła zawartość wagonu pocztowego stojącego w części „magazynowej” wystawy. W owym czasie odmalowane eksponaty były ustawione na jednym torze za otwierającą wystawę Pm3. Pozostałe dwa tory od strony peronów były ogrodzone i znajdował się tam „magazyn”, czyli zestaw kilkudziesięciu lokomotyw, wagonów (w tym motorowych), dźwigów i innych pojazdów kolejowych oczekujących cierpliwie na szczotkę drucianą i pędzel z farbą. Na wierzchu stał jakiś starożytny ambulans który stanowił archiwum papierów kancelarii stacji. To właśnie on, a dokładniej pożar dokumentów składowanych w nim był powodem zamieszania. Ominąłem cały zgiełk niespecjalnie interesując się dogłębniej co tam się wyprawia i po chwili znalazłem się w parowozie na którym drzemał znajomy maszynista. Dzień był bardzo ciepły, stąd zapotrzebowanie na parę grzewczą było małe i robota ograniczała się do podrzucenia raz na dwie godziny węgla do pieca, co sprzyjało „cięciu komara” na opartym o nastawnicę obróconym plecami do góry „fotelu maszynisty”. Były to standardowe konstrukcje składające się ze stalowej szafki w kształcie prostopadłościanu, do których przykręcono z boku dwumetrowe deski jako oparcie i krótsze kawałki drewna od góry jako siedzisko. W zamykanej stalowymi drzwiczkami szafce trzymało się torby z żarciem, picie czy inne rzeczy osobiste, ale nigdy nie wkładało się tam narzędzi. Mankamentem wszystkich tych foteli było niedostosowanie wysokości siedziska do krawędzi okna bocznego, przez co przy prowadzeniu parowozu trzeba było na nich klęczeć, aby wygodnie się móc przez okno wychylić. Można było też podłożyć sobie 20 cm jakiegoś złożonego materaca, ale zawsze, prędzej czy później, nieumocowane to podwyższenie spadało na podłogę panierując się w węglu. Nic się nie działo, było wręcz nudno, aż nagle do parowozu podszedł sam naczelnik stacji polecając aby od maszyny odpiąć wąż parowy i podjechać kilkadziesiąt metrów w przód. Zaraz zabrałem się za odłączanie grzania, wykładanie pieca, uruchomienie sprężarki itp. ciekawiąc się co się będzie działo. Po kilku minutach ruszyliśmy czajnikiem naprzód. Gdy budka maszynisty minęła czoło ekspozycji i znalazła się na wysokości drogi dojazdowej naczelnik polecił zatrzymać parowóz i wyjaśnił nam szczegóły misji: Ty2 miał posłużyć jako niszczarka dokumentów! Między wagonem pocztowym z którego ulatniały się jeszcze kłęby pary a budką maszynisty zaczęli krążyć robotnicy znoszący powiązane sznurkami mokre od piany gaśniczej paczki teczek na których obwolutach widniały prostokątne pieczęcie „POUFNE”. Naczelnik stał z boku obserwując tragarzy. Do parowozu wsiadł wysoki człowiek o ostrych rysach twarzy ubrany w garnitur skryty pod rozpiętym płaszczem. Było po nim widać, że jest kimś ważnym. Osobiście nadzorował zapodawanie pakunków do pieca. Wrzucałem je na zmianę z maszynistą rozgarniając gracą po całym ruszcie. Niestety, po kilkunastu minutach ładowania pojawił się problem – namoknięte teczki za nic nie chciały się palić. Próbowaliśmy przesypywać je węglem, ale nic to nie dawało bo zbiły się w szczelną półmetrową warstwę absolutnie nieprzepuszczającą powietrza. Po godzinie sytuacja stała się problematyczna – choć dmuchawa pracowała cały czas z pełną wydajnością, para zaczynała coraz bardziej opadać. Także poziom wody w kotle obniżał się nieustępliwie. Maszynista, widać że zdenerwowany, w pewnym momencie powiedział: „Dość! Koniec wrzucania tych papierów! Kocioł zaraz trzeba będzie wygasić!”. Facet w garniturze wyraźnie się wkurzył, zszedł do zawiadowcy i coś nerwowo mówił gestykulując w naszą stronę. Mechanik miał nietęgą minę, ja zaś wpadłem na pomysł: „A może by ruszt przełamać?”. Parowozy Ty2 miały ruszt mechaniczny, w którym rusztowiny można było poruszać cięgłami, jak również ustawić lekko pod kątem aby więcej tlenu do paliwa docierało. Maszynista zgodził się, ja założyłem na dźwignię klucz i zacząłem łamać warstwę żużla i papierów. W tym momencie naczelnik pchnął niedomknięte drzwi do budki, popatrzył sekundę na mnie jak walczyłem z kluczem do rusztów i zawołał maszynistę na zewnątrz. Mój pomysł niestety się nie sprawdził, bo warstwa teczek nadal nie chciała się palić i sytuacja stała się krytyczna. Zakręciłem dmuchawę aby oszczędzać wodę. Popatrzyłem na piec. Tył i środek były zawalone na maksa trochę powyżej dolnej krawędzi otworu drzwiczkowego, ale tam z przodu, pod rurami, było cieniej tej tektury. Wyciągnąłem najdłuższą gracę i z ogromnym wysiłkiem, przy nikłym oświetleniu wnętrza kilkoma płomykami błyskającymi gdzieś przy ściankach, zacząłem przesuwać teczki z przednich pól rusztowych ku tyłowi. Musiałem ciężką gracę wsuwać jak najdalej można było, starać się jej rogiem zaczepiać poszczególne pliki, odrywać ze sprasowanej warstwy i ściągać ku tyłowi i na boki. Po chwili warstwa podciągniętych teczek przysłoniła mi przód pieca, odtąd grzebałem gracą na wyczucie. Trwało to kilka minut po których nie miałem już sił w łapach, zaś cały mój korpus i głowa były zlane strugami potu. Wyciągnąłem gracę i popatrzyłem do wnętrza. Nie widziałem co się dzieje z przodu, bo taki wał mokrej makulatury nagarnąłem, że sięgał prawie pod sklepienie. Waliłem w czeluść paleniska kolejne porcje czarnego paliwa starając się przerzucać je nad papierową przeszkodą. Po kilku próbach okazało się, że aby przelobować spiętrzenie muszę brać po pół szufli węgla. Po chwili, i chyba 200 wrzuconych kilogramach, puściłem dmuchawę i zamknąłem drzwiczki. Teraz mogłem tylko modlić się aby były tam jakieś resztki żaru od których węgiel by się zajął. Gdy zmordowany i zasapany siadłem i trochę uspokoiłem się, usłyszałem podniesione głosy na zewnątrz budki. Kłócili się naczelnik, koleś w garniturze i maszynista. Ku memu zdziwieniu tematem nie był problem zniszczenia poufnych dokumentów, ale kim ja jestem i co robię w parowozie! Tak jakoś wyczułem że koleś w garniturze wściekł się na mechaniora że nie chce dalej w piec ładować tajnych kwitów za których utylizacje ważniak odpowiada, więc postanowił sieknąć go za karę z innej strony. Trzeba było ratować jakoś swą skórę. Najlepiej wznowieniem procesu niszczenia. Zajrzałem z biciem serca w palenisko… Było w nim ciemno, kłębił się jasnożółty dym, ale wydało mi się przez jego tumany, że coś tam migocze wewnątrz. Zamknąłem drzwiczki i… w tym momencie tak pierdolnęło w piecu, że aż bocznymi klapami popielnika ogień poszedł! Eksplodowały zebrane w skrzyni ogniowej wydzielone z węgla gazy nie mogące się zapalić z powodu braku wystarczającej ilości tlenu, który ja dopiero dopuściłem rozwierając wlot. Przerażony otworzyłem znów drzwiczki (jaki ja głupi byłem…) i ujrzałem najpiękniejszy widok – z przodu paleniska przelewały się fale ognia które pięknie wywijały się o cegły sklepienia. W tej chwili do budki wparował zdezorientowany detonacją maszynista, a za nim widać było zaglądające głowy pozostałych panów których miny świadczyć mogły, że uważali iż przeżyli wybuch kotła. Pokazałem buzujące ogniem palenisko dodając: „Zaraz pary zrobię, to wody się naciągnie, a jak się tak za pół godziny przepali, to dalej będzie można ładować dokumenty”. Na to mech odwrócił się do swych adwersarzy mówiąc: „Widzicie? Na Jaśka zawsze można liczyć”. Po kilkunastu minutach robotnicy zaczęli podawać do budki kolejne paczki których sporą ilość zgromadzili przy parowozie. Ta makulatura była już sucha i się dość dobrze paliła. Nikt nie nadzorował nas w kabinie, poza jednym przypadkiem gdy naczelnik przyniósł koperty i zasznurowane woreczki ze starymi pieczątkami które osobiście umieścił w czeluści paleniska. Brak dozoru dał mi to okazję wrzucić parę teczek przez drzwiczki, ale nie do paleniska, lecz do tej szafki pod siedzeniem maszynisty. Potem okazało się że zamiast planów inwazji ZSRR na USA buchnąłem jakieś podkłady geodezyjne stacji Warszawa Główna. Gdy zachodziło piątkowe słońce, a parowóz nadal z wolna trawił kwity „tajne przez poufne”, wszyscy ważni i mniej ważni opuścili stację. Wszyscy, oprócz odzianego w fartuch magazyniera, który wraz z dwoma robotnikami został zamknąć feralny wagon. Ale czy tylko zamknąć…? O tym dowiecie się za tydzień.
« Ostatnia zmiana: 05 Luty 2022, 17:06:35 wysłane przez Kucyk » Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Kajetan
Dyrektor
*****
Długość toru:: 559 m

W terenie W terenie


« Odpowiedz #7 : 07 Luty 2022, 11:51:27 »
0

Ktoś wie, kiedy finalnie "Grzejki" z Głównej zniknęły? Bo ja uparcie mam w głowie widok dymiącego parowozu tam z jakiegoś bardzo wczesnego dzieciństwa. I jestem ciekaw, czy po prostu coś mi się nie wydaje.

Zapisane
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2686 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #8 : 07 Luty 2022, 17:03:07 »
0

A jak to było z tymi grzejkami. Był to jeden wyznaczony parowóz czy ten który akurat zakończył kurs i miał dłuższy postój na stacji?? Na wąskim było tak samo jak na normalnym??
Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
Misza
Młotkowy
**
Długość toru:: 122 m

W terenie W terenie

750 czytam od dawna


« Odpowiedz #9 : 07 Luty 2022, 19:04:13 »
+2

Według mnie był to sprawny parowóz Ty2 podesłany dla pełnienia tej funkcji. W warszawskim WK nie było już parowozów. Przynajmniej jak ja widziałem ostatni raz grzejkę w zimę 94/95
Zapisane

Misza
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #10 : 12 Luty 2022, 12:19:45 »
+7

O tych parowozach napisze kiedy indziej, może na zakończenie cyklu tytoniowego. Póki co jedziemy dalej z opowieścią.

Słońce już zaszło i zaczął się ciepły, spokojny, październikowy wieczór. Na tle panoramy stolicy, bądź co bądź europejskiego miasta – Warszawy – w której pojawiały się już charakterystyczne dla nowoczesnych metropolii rozświetlone wysokościowce, sylwetka starego Ty2 tworzyła dysonans. Niecałe 3 km dalej Dom Partii – świątynię komunizmu, już dawno przerobiono na Giełdę Papierów Wartościowych – świątynię kapitalizmu, a tu nadal rozsiewający zapach pary i gorącego smaru relikt poprzedniej epoki pożerał każdego dnia tony węgla. Magazynier wraz z robotnikami skończyli zabezpieczać właśnie uszkodzone temperaturą okna we wagonie. My w tym czasie ponownie cofnęliśmy parowóz do kolumny odbiorczej i puściliśmy parę grzewczą na wymienniki węzła cieplnego. W palenisku było nadal pełno tlącej się tektury, więc korzystając z poboru pary trzymałem większy ogień pod rurami i co rusz przegarniałem wierzchnią warstwę aby śmieci się spalały. Po pewnym czasie magazynier podszedł do parowozu i zawołał maszynistę. Przez dłuższą chwilę panowie rozmawiali intensywnie o czymś na peronie, po czym zniknęli idąc w stronę ambulansu. Było już dobrze po 18 i zbierałem się do domu, zatem zaprawiłem kocioł, umyłem się w wiadrze gorącej wody zaczerpniętej z inżektora i poczłapałem w kierunku wyjścia z dworca. Gdy mijałem wagon pocztowy wyszedł z niego maszynista i na mój widok zamachał ręką, abym do niego podszedł. „A, to już idziesz?” zagadnął z pewnym zafrasowaniem w głosie. Powiedziałem, że skoro wszystko już zrobiliśmy, to jadę do domu na obiad. Wtedy mechanik przybliżył się do mnie, zerknął na boki i po cichu spytał: „Jasiu, nie pomógł byś nam?”. Popatrzyłem z zaciekawieniem, a on dodał: „Tylko ciiii, nikomu ani słowa!”. Powiedziałem że jeszcze z godzinę mogę zostać jak jest taka potrzeba, choć kompletnie nie wiedziałem po co. Podeszliśmy do pocztowego w którego wnętrzu było jasno. Mój przewodnik wszedł do środka i zaczął coś tłumaczyć magazynierowi. Ja w tym czasie obczaiłem skąd się brało światło w popożarowym wagonie – od skrzyneczki na podstawie słupa latarni, tam gdzie jest bezpiecznik, po peronie do wozu biegł kabelek. Przewód był chamsko podłączony „na krótko” do korka i zacisku masy. W drzwiach ambulansu ukazała się głowa magazyniera która z niechęcią obrzuciła mnie wzrokiem nieskrywającym niezadowolenia z obecności kogoś „z zewnątrz”, czyli spoza kadr starych kolejarzy. W tym czasie mechanik tłumaczył kompanowi że we trzech będzie lepiej przenieść towar i można mi zaufać. Pomyślałem że znów jakieś tajne teczki trzeba będzie targać, no takie tam szpargały… magazyn idzie do likwidacji, nie, no to się pali takie faktury za odzież, za środki czystości, za materiały biurowe. Ja wiem, że to powinno iść na makulaturę, ale kto to teraz skupuje, nie? I już zacząłem kombinować jak się ulotnić by wyjarać Radomskiego albo Camela, gdy nieoczekiwanie magazynier zeskoczył na peron stwierdzając: „Dobra. Idę po wózek. Poczekajcie tu”, po czym obrzuciwszy mnie kolejnym niechętnym spojrzeniem zniknął gdzieś w ciemności. Ja wszedłem do osmolonego, wciąż dusznie i mokro śmierdzącego pożogą wnętrza gdzie buszował już mój mentor zaglądając to tu, to tam. Zapytałem co mamy nosić, ale uzyskałem jedynie odpowiedź: „Zaraz się dowiesz”. Maszynista w tym czasie wyraźnie zadowolony wpakował do kieszeni dwa bloczki „Pokwitowania za wykonanie pracy manewrowej” i mamrocząc „Jeszcze by się jakaś pieczątka stacji przydała co by je ostemplować”, dalej filował po półkach. Ja przyjrzałem się wnętrzu wagonu – wyglądało jak typowy ambulans pocztowy z mnóstwem przegródek, szafek, szuflad, skrzynek, blatów. Wszystko było pokryte szaro-czarnym nalotem sadzy, i tylko miejsca skąd usunięto te tajne teczki odróżniały się jasnością. Na podłodze leżała cała masa zwęglonych, w różnym stopniu zamokłych druków związanych z pracą stacji – książki nadania, ewidencje przesyłek, zestawienia biletów, dzienniki ruchu, druki Rw, Wz, kontrolki odzieży roboczej, itp. A wszystko oświetlała wisząca chamsko na drucie żarówa. Westchnąłem wskazując na poskręcaną częściowo bez izolacji z kilku kabli prowizorkę: „Ja chyba już wiem jak pożar powstał”. Na to usłyszałem od maszynisty kilka słów których tu nie przytoczę, ale spowodowały one że przestałem się absolutnie interesować stanem instalacji elektrycznej, a w szczególności odstąpiłem od jakichkolwiek komentarzy jej dotyczących. Po kilku minutach dał się z zewnątrz słyszeć dziwny odgłos takiego jakby mechanicznego wycia. Wystawiłem głowę przez drzwi i oniemiałem – po peronie do wagonu podjeżdżał magazynier wózkiem. Ale nie był to jak sobie wyobrażałem taki ręczny wózek na dwóch kółkach, ale… wielka akumulatorowa platforma peronowa. Co będziemy na niej wozić? Magazynier wszedł do środka, ujął za kable zwisającą żarówę i niosąc ją uważnie przed sobą jak lampion (żywe 220V i gołe druty podłączone bezpośrednio do sieci przemysłowej budzą ostrożność nawet u takich mistrzów) przeszedł do części socjalnej pocztowego – był to korytarz z którego wchodziło się do przedziałów sypialnych. I wtedy zobaczyłem co mamy przenieść: pierwszy przedział był pod sufit załadowany kartonami z ruską wódką Stolicznaja. Górne kartony były mocno okopcone, a te w części dolnej nieco mniej. Do dziś zastanawia mnie jakim cudem nikt z gaszących i potem opróżniających wagon nie zauważył tej kontrabandy? Myślę, że po prostu magazynier albo musiał własnym ciałem bronić dostępu do korytarzyka, albo solidnie zapłacić za nagłe pogorszenie wzroku u całej ekipy ratunkowej. Zaczęliśmy wynosić te pudła z brzęczącą zawartością i układać na wózek. Nasz gospodarz otwierał co poniektóre. Niestety większość butelek była ubrudzona po pożarze. Wynosiliśmy te flachy dobrą godzinę aż wózek cały był załadowany. Nie wiem dokładnie ile tego tam było, ale z tysiąc butli najmniej. Magazynier zawiózł je na około torów poczty do pomieszczenia węzła cieplnego tam gdzie dostarczaliśmy parę, przy tej operacji brzdęk uderzającego o siebie szkła był tak głośny, że nie wierzę iż nikt nie słyszał tego transportu. Tam przeładowaliśmy uratowaną zdobycz którą właściciel zamierzał umyć korzystając z dostępu do ciepłej wody i dyskrecji miejsca. Wróciliśmy pustą platformą do ambulansu gdzie pozostał do rozładunku drugi przedział. Już się bałem że znów trzeba będzie targać pudła w których były półlitrówki, ale ku memu zadowoleniu okazało się że następna kabina jest wyładowana papierosami. Pierwszy raz widziałem takie – były to czerwone opakowania ze dynamicznym napisem „Magna” bardzo amerykańskim w swym stylu. Znów ładowaliśmy te paki, które podobnie jak wóda były mocno upanierowane w dymie i pyle pożaru. Zmachaliśmy się przy tym srodze, bo dostęp do przedziału był o wiele trudniejszy. W końcu wózek był załadowany „po sufit”, a my brudni jak górnicy po szychcie ciężko dysząc siedliśmy na progu wagonu. Magazynier wyjął z któregoś pudła jeden karton i popatrzył na niego smętnie. Był on usyfiony sadzą i śmierdział spalenizną. Mężczyzna pokręcił głową i cisnął paczkę na wózek z niechęcią. „Wódkę to się uratuje, ale to chyba trzeba będzie wywalić… Cholera jasna, tyle pieniędzy…” dodał spluwając filozoficznie na peron. Ja w tym czasie obejrzałem inną sztangę fajek. Karton zawierający 10 paczek był pokryty folijką. Nieśmiało stwierdziłem (po uwadze maszynisty żebym się lepiej nie odzywał, do tej pory milczałem jak nigdy) że tylko ta zewnętrzna folia jest brudna, zaś wewnątrz niej paczki papierosów są popakowane pewnie w kolejne folie, zatem jakby szybko zdjąć tą zakopconą zewnętrzną osłonę i karton który pod nią jest, to przecież smród i brud się do samych ramek nie przedostanie. Wprawdzie potem trzeba transportować i sprzedawać paczki luzem, ale chyba to dla kupujących nie problem. Magazynier nic nie mówił przez chwilę, a potem pieprznął mnie z otwartej ręki w plecy: „No, młody, ty masz łeb!” powiedział z zadowoleniem, po czym zaczął się zastanawiać gdzie tej operacji rozpakowania dokonać, bo przechowywanie paczek z fajkami w węźle cieplnym odpadało ze względu na wcześniejsze zajecie tego miejsca przez wódkę. Panowie coś tam ustalali między sobą, a ja byłem już tak wykończony, że przeprosiłem ich i bez dodatkowego tłumaczenia poszedłem do domu nie zważając że trzeba jeszcze te pety gdzieś rozładować. Tym bardziej, że dochodziła już 21 i jedyne co mi po głowie chodziło, to wanna i łóżko. Zasypiając przeliczyłem ile było tych szlugów: 50 pudeł po 20 kartonów po 10 paczek po 20 petów. Palenia dla kogoś kto jara ramkę dziennie na 27 lat. Zasypiałem wymęczony fizycznie, ale ze świadomością dobrze wykonanej konspiracyjnej roboty czując wciąż aromat dzisiejszego, spalonego dnia. A co było dalej – o tym w następnym odcinku.
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #11 : 05 Marzec 2022, 20:22:20 »
+2

Na drugi dzień rano, w sobotę, zjawiłem się na Głównej – mieliśmy wszak pojechać do Lokomotywowni Warszawa Odolany po węgiel, a przede wszystkim wywalić piec, w którym napuchnięty popiół ze spalonych teczek uniemożliwiał normalne hajcowanie. Gdy zazwyczaj zjawiałem się koło 9, maszynisty z poprzedniej zmiany już nie było. Tym razem zdziwiłem się, bo był i kolega co niedawno przyjechał, i ten z wczoraj. Wczorajszy, wraz z magazynierem byli wczorajsi – niesamowicie brudni i zmęczeni, ale usprawiedliwieniem tego stanu była nie tylko konieczność wypakowania z kartonów 10.000 paczek papierosów Magna oraz umieszczenia ich w innym wagonie-skryjówce (był to wagon sypialny starej konstrukcji stojący na końcu toru koło kanciapy maszynistów), ale i stojące na pobliskim parapecie dwie niepozorne, puste butle po napoju energetycznym „Stolicznaja” z charakterystycznym zakopceniami na szyjkach i etykietach. Magazynier, gdy mnie ujrzał, lekko niepewnymi ruchami załadował reklamówkę do oporu paczkami Magn i wręczył w odwdzięce za wczorajszy trud i znój. Nie za bardzo wiedziałem czy brać je, czy też nie – wszak pamiętałem spotkanie z ruskimi Biełomorami, ale w końcu przyjąłem. Drugi maszynista na moje pytanie czy szykować parowóz do jazdy po węgiel odpowiedział z przekąsem i skinieniem głową w stronę kanciapy: „Na razie to zrób porządek po waszych nocnych harcach”. Wlazłem do kapciory, a właściwie tylko otworzyłem drzwi… Całe pomieszczenie o powierzchni jakichś 10m2 było wypełnione śmierdzącymi spalenizną kartonami i foliami po papierosach. Po prostu panowie urządzili sobie tam magazyn makulatury. Rozpakowywali przywiezione wózkiem peronowym Magny, papieroski nosili do salonki, a resztę sru! przez drzwi do wnętrza socjalu jak do kontenera. Śmieci było tyle, że nie można było dostać się nawet do telefonu aby zadzwonić na nastawnię celem zamówienia drogi. Zaczęliśmy wspólnie wygarniać kartony z pomieszczenia, deptać je i ładować na platformę akumulatorową. Było tego 1000 szt., więc załadunek trwał dość długo. W międzyczasie kompania konspiracyjna gdzieś zniknęła. Po załadowaniu większości pojechaliśmy wózkiem pod parowóz i wrzuciliśmy fajans stopniowo do budy. Zeszło się z pół godziny zanim opakowania i folie trafiły do pieca, po czym maszynista burknął pod nosem: „Idę drogę zamawiać, pal ten szajs bo już prawie jedenasta! A właśnie, gdzie jest ten nygus?” zapytał mając na myśli swego kolegę z poprzedniej zmiany który miał za zadanie wygarnąć resztkę opakowań z kapciory, po czym zostawił mnie i wyjąc silnikami wózka WNA udał się na koniec peronu. Po chwili jednak zamiast przejmującego wycia wracającej platformy z końcówką śmieci na swym grzbiecie dał się słyszeć stłumiony huk, a po nim mój kolega przyszedł piechotą wściekły na parowóz. „Wiesz co? W kanciapie nikogo nie ma. Pudełka rozrzucone leżą, jak leżały” zaczął, „Zamówiłem drogę, wracam, wszedłem do salonki, ja patrzę, a ta kur*** tam z tym magazynierem siedzi i wódkę pije… i tak żeby nie skłamać, no trzecie pół litra tak do połowy już odpite. To ja mówię, to ja po to ci pomagam, żebyś na „Moskwę” o 11 zdążył, mówię, a ty tutaj z tym k***sem wódkę pijesz? No to ci mówię, to tak jak stałem, tak j***em drzwiami od przedziału, że z szyby nie było co zbierać”. W tym momencie zobaczyłem zmianę sygnału na stojącym przy krańcu peronu semaforze. „Mechaniku, podany!” krzyknąłem wrzucając jednocześnie szybko resztki czerwonych tektur do paleniska. Błyskawicznie odpiąłem grzanie. Ruszyliśmy po chwili, nawet sprężarka jeszcze nie zaczęła dobrze tłoczyć powietrza, ja zająłem się wykładaniem pieca. W tym czasie zdenerwowany maszynista zapalił jedną Magnę. O dziwo dymek który zawirował w przestrzeni kabiny był aromatowo bardzo miły, i to naprawdę miły. „Ciekawy, ciekawy…” pomyślałem gdy skończyłem machać łopatą i zamknąłem drzwiczki, „Trzeba będzie spróbować co to”. Ale z racji poprzednich doświadczeń z papierosami zza wschodniej granicy postanowiłem się z tą czynnością wstrzymać do bezpieczniejszej chwili niż jazda Ty2. Ta chwila nadeszła gdy parowóz stał po wyszlakowaniu pod gigantyczną żelbetową wieżą do nawęglania lokomotywowni Odolany. Maszynista, po szarpaninie z wywaleniem pełnego spalonych papierów popielnika i zrobieniu zabitego spopieloną tekturą pieca, polecił mi przestawić maszynę pod węgiel, a sam poszedł szukać magazyniera, który z komórki sterowniczej (kabiną trudno by ten sklecony częściowo z desek, przyklejony do masywnej konstrukcji zasobnika rachityczny przybytek nazwać) obsługiwał wagę i śluzy dystrybutora. Czas płynął, a panów nie było. „A, jednego zapalę…” pomyślałem. Wyjąłem paczkę wykonaną z porządnej, lakierowanej tekturki, nie z jakiegoś makulaturowego gówna jak inne ruskie wynalazki. Na czerwonym tle widniał srebrny napis wykonany czcionką w amerykańskim stylu. Z tyłu była deskrypcja po angielsku zachwalająca że trzymam w ręku mieszankę najlepszych amerykańskich tytoni. Otworzyłem ramkę i powąchałem zawartość – pachniała dobrze. Odpaliłem jedną Magnę rasowo, po kolejowemu, wtykając jej koniec w otwór dolotu powietrza w blasze drzwiczek, tak by tytoń dotknął rozżarzonej przegrody osłonowej wewnątrz. Zaciągnąłem się delikatnie… Potem jeszcze raz trochę mocniej. I jeszcze raz. Smak i aromat był genialny. Była też moc. Tak, Panowie, to musiała być czysta Ameryka! Przynajmniej tak ją sobie wyobrażałem, że właśnie takimi szlugami opla się Wuj Sam. Stwierdziłem jasno – to są najlepsze fajki jakie jarałem i stałem się ich wiernym fanem, aż do czasu, kiedy chyba po dwóch latach, gdy zamiast przemycane z USA, zaczęły być produkowane u ruskich. Wtedy jakość, smak i aromat gwałtownie spadł i Magny stały się takie, jak większość petów ze Wschodu – nędzne. Jedynie opakowanie było jakościowe jak dawniej – widocznie tylko wschodnia poligrafia była w stanie dorównać tej zza Pacyfiku. Do dziś zagadką pozostaje skąd polscy kolejarze mieli od rosyjskich kolejarzy prawdziwe, amerykańskie papierosy i to w takiej ilości, ale tego już raczej się nie dowiemy.
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Misza
Młotkowy
**
Długość toru:: 122 m

W terenie W terenie

750 czytam od dawna


« Odpowiedz #12 : 05 Marzec 2022, 21:18:17 »
0

Ja wiem, skad była ta Kbanda:)
10 lat temu pracował ze mną pan Andrzej, już wtedy szykował sie do załozenia firmy spedycyjnej, ale nie o tym..bo rozmawiamy o tym co 25lat nazad..
Rozmawiam z nim podczas delegacji, wiadomo , DeLeGaCja ..... Andrzej a co Ty wczesniej robiłeś?
-w warsie pracowałem..
-O kurcze, a gdzie najczęsciej jeździłes?
-O, do Brelina, Wiednia...
Ale miałeś fajnie, pozwiedzałes troche?
A- A co ty, najpierw polecieć fajki sprzedać, potem po elektronike...

"Takżetak" sie dowiedziałem o szczegółach pracy na sypialnych...
Pozdr
M
Zapisane

Misza
MichałŁ
Dyrektor
*****
Długość toru:: 668 m

W terenie W terenie


« Odpowiedz #13 : 06 Marzec 2022, 16:53:47 »
0

https://www.youtube.com/watch?v=BrYagPxKClE
Czy to nie jest ekranizacja tej historii?
Zapisane
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 4261 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #14 : 06 Marzec 2022, 17:13:07 »
+1

Jest to ekranizacja jednej z moich historii. Ale akurat nie tej z paleniem akt.
Swoją drogą to wtedy na Głównej zjawił się koleś wyglądający jak jakiś reżyser, który przyglądał się całej akcji z teczkami i nawet pytał nas "Co wy tam palicie?". Ku memu zdziwieniu podobny wątek pojawił się później w filmie "Psy".
Zapisane

Wrogowi można wybaczyć, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi go zlikwidować.
W. I. Lenin
Misza
Młotkowy
**
Długość toru:: 122 m

W terenie W terenie

750 czytam od dawna


« Odpowiedz #15 : 07 Marzec 2022, 10:42:36 »
0

Nie ma wuja, żeby nie zrobić pogadanki, na ten miły temat... w Rogowie są odpowiednie warunki, natenprzykład:)

...Dziadku,... Dziadku, opowiesz nam?
Zapisane

Misza
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!