Najlepszym i najprostszym rozwiązaniem jest kupić dwa silniki hydrostatyczne i sprzegnąc po jednym na koło. Silnik będzie sie przesuwał razem z kołem. Zasilanie tego silnika to gietkie przewody hydrauliczne wysokocisnieniowe. To samo można zrobić stosując przekładnie elektryczną.
Przekładnia hydrostatyczna, owszem tak, tylko jakie koszty? Hydraulika, zwłaszcza precyzyjna, lubi być:
a) pierońsko droga przy zakupie,
b) diabelnie trudna w utrzymaniu (konieczność zachowania piekielnej czystości oleju itd., bo inaczej wszystko zużyje się w tempie rakietowym),
c) diabelnie łatwo regulowalna - znaczy regulacja przenoszonej mocy, prędkości obrotowej odbywa się płynnie i w bardzo szerokim zakresie - od min do max.
Jeżeli chodzi o przekładnię elektryczną - podobno rzecz bywa dość nieekonomiczna. Stosowano ją raczej w dużych i ciężkich pojazdach trakcyjnych (układ Leonarda), żeby silnik spalinowy miał jakąkolwiek możliwość ruszenia ciężkiego składu z miejsca. Podobno okazało się jednak, że przekładnia hydrauliczna (czyli całkiem bez prądu) jest bardziej ekonomiczna (patrz nawet Lxd-2), o ile oczywiście występuje na dany moment obciążenia. Czy ma to znaczenie w aspekcie ekonomii eksploatacji drezyny - nie wiem.
Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że jednak osie z przesuwnymi kołami ustalanymi wpustem (Phinek), podparte każda w czterech miejscach (po obu stronach każdego koła), przy prześwicie zmiennym w tak szerokich granicach (600-1520 mm) mogą być wyjściem najbardziej rozsądnym. Rama o stałej szerokości zapewnia komfort niezależnie od prześwitu (uważać ino na wąskim torze, "coby nie było kipra na bok"). Chyba w skrajni taboru się zmieści (jak mieści się Lxd-2 lub Lyd-2, to przecież spoko), a i niebezpiecznie wystających końców osi nie będzie.
Napęd doprowadzamy dowolnym sposobem do środka między wewnętrzne łożyska i po temacie. Jeszcze nie wiem tylko, jak takie ustrojstwo uczciwie usprężynować...