Świat kolejek wąskotorowych SMF
23 Wrzesień 2019, 12:00:09 *
Witaj
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
w6 i... Rp 1: Profil 750mm.pl na facebooku
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: 1 ... 3 4 [5] 6 7 8   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Odchwaszczanie szlaku.  (Przeczytany 126610 razy)
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2614 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #80 : 12 Kwiecień 2015, 15:48:23 »
0

200 gram to mało?? A co powiesz na 13,6 g /ha?? Co prawda nie jest to środek totalny tylko selektywny.
Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
mastif
SGKW
*
Długość toru:: 83 m

W terenie W terenie

coś tam z elektryką


« Odpowiedz #81 : 12 Kwiecień 2015, 22:36:00 »
0

Miło mi poinformować, że z dniem wczorajszym rozpoczęliśmy kolejny sezon ChwastoHolocaustu na wąskich torach. .....
A nieśmiało zapytam ,zwykłym Roundapem też można zacząć anihilacje Spoko - czy lepiej jeszcze poczekać na więcej zielonego???
Zapisane

Używaj polskich znaków. Wszak jest różnica, czy robisz komuś "łaskę" czy "laskę". Prof. J. Bralczyk
andy
Dyrektor
*****
Długość toru:: 823 m

W terenie W terenie



CiuchciaJKD
WWW
« Odpowiedz #82 : 12 Kwiecień 2015, 23:05:15 »
0

Lepiej poczekać - roundup wchłania się przez liście.
Zapisane
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #83 : 13 Kwiecień 2015, 08:37:57 »
0

Nawet nie tyle "lepiej", ile "należy" - tak jak &y napisał - jak nie ma liścia, to nie ma skuteczności glifosatu. Szerzej temat rozwinięty został na pierwszej stronie wątku choćby TU.
Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
E583.002
Dyrektor
*****
Długość toru:: 539 m

W terenie W terenie

M-sta tr. elektr.


« Odpowiedz #84 : 13 Kwiecień 2015, 17:34:08 »
0

Zacznijmy od tego, że lanie samego glifo jest troszeczkę bez sensu.
Zapisane

Nazywam się Roman i od 35 lat naprawiam pralkę
andy
Dyrektor
*****
Długość toru:: 823 m

W terenie W terenie



CiuchciaJKD
WWW
« Odpowiedz #85 : 26 Czerwiec 2015, 19:11:39 »
0

A jak usunąć takie?
Zapisane
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #86 : 26 Czerwiec 2015, 19:29:48 »
+1

To barszcz sosnowskiego - bardzo niebezpieczna dla człowieka, a ponadto inwazyjna i trudna do likwidacji roślina. Ale i tu mieszanka glifo+MCPA da rade.
Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2614 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #87 : 26 Czerwiec 2015, 21:07:31 »
0

W przypadku tego zdjęcia na oprysk jest już za późno. Roślina wydała nasiona i sama już zamiera. Oprysk trzeba wykonać  czasie wegetacji.
Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
andy
Dyrektor
*****
Długość toru:: 823 m

W terenie W terenie



CiuchciaJKD
WWW
« Odpowiedz #88 : 26 Czerwiec 2015, 22:40:50 »
0

I pomyśleć, że tam jechałem rok temu Mrugnięcie
Zapisane
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #89 : 01 Listopad 2015, 15:51:42 »
+8

Jak niektórzy pamiętają w poście z poprzedniej strony ogłosiłem test flazasulfuronu - środka chwastobójczego o nazwie handlowej Chikara 25WG - mającego mieć magiczne właściwości. Dziś, pół roku po publikacji, z okazji Święta Zmarłych, opiszę co umarło, a co przeżyło.

Chikara 25 WG - wyniki testu 2015.

Przypomnę: jesienią 2014r. została przeprowadzona całkowita eksterminacja roślinności na torze Piaseczno – Tarczyn w pasie o szerokości 3,5m. Na początku kwietnia 2015r. położono na ten teren testowany herbicyd w pełnej zalecanej dawce, który to zabieg, w słowach producenta, miał gwarantować powstrzymanie wyrastania większości zielska przez cały sezon wegetacyjny. Czy tak się stało? - zapraszam do lektury!

Kiedy kończył się kwiecień tory były wyraźnie mniej umajone niż okolica, co jednak mogło być skutkiem późnojesiennego zabiegu MCPA+Glifo. W sumie to szlak prezentował się naprawdę zacnie:



Jednak już wtedy pojedyncze rośliny wychodziły z miejsc, które żadną chemią zostać zroszone nie mogły, mianowicie z pod stop szyn, co jednak nie było związane z testowanym środkiem.



Czerwiec przyniósł suszę i nowe formy chlorofilowego życia na torach.



Roślinność w całej rozpiętości gatunków, choć o wiele słabiej niż w sąsiedztwie, jednak pięła się ku słońcu bezlitośnie.



Ogólnie rzecz biorąc, na torach można było zobaczyć coraz to nowe chwasty.



Tu jednak dało się zauważyć pewną zasadę: otóż nowe rośliny wyrastały, po czym wystarczył jeden deszczowy dzień i zamierały. Na ich miejscu natychmiast pojawiały się nowe, nawet tego samego gatunku, które, jak ich poprzedniczki, kończyły żywot po opadach.



Sytuacja stała się nieciekawa w lipcu gdzie opady ustały całkowicie.



Na różnych odcinkach widać było odmienne gatunki, oczywiście o wiele słabiej rosnące niż ich kuzyni na nieskażonej ziemi...



...co nie zmieniało jednak faktu, że powoli sytuacja stawała się krytyczna.



Znów jednak wystarczyło kilka dni opadów i rośliny padały, lecz natura nie znosi próżni.



Do ofensywy przeszły nieobecne dotąd dwuliścienne z gatunku większych które, mające głębszy system korzeniowy, miały w d...olnej części łodygi jakąś Chikarę. Różne wiesiołki, skrzypy, dziewanny, nawłocie, robinie, mlecze, jaskółcze ziela, napierdziszki, kutaśce a nawet mak polny śmigały aż miło.



Jednakże były też na szlaku zacienione miejsca gdzie utrzymywała się wilgoć i tam nic nie rosło przez cały rok, jednak nawet radość z takich, nielicznych miejsc nie była w stanie przyćmić całokształtu.



W sierpniu, pomimo cierpliwości i szczerych chęci, kolejarska tolerancja dla zielonego się definitywnie zakończyła, jednak aby nie przerywać czikarowego eksperymentu poprzez zlanie torów MCPA+Glifo, zastosowano mechaniczne metody zwalczania roślinności o których napiszę osobny artykuł, gdyż okazały się wyjątkowo dobroczynne dla ogółu utrzymania infrastruktury i ładu na terenie kolejowym o czym świadczy poniższy widok.




Podsumowanie.

1.   Flazasulfuron nawet działa, szczególnie na jednoliścienne, ale nie jest to jakaś siekiera. W każdym razie stosunek cena/skuteczność wypadać będzie, z dużą dozą prawdopodobieństwa, bardzo źle.
2.   Rok 2015 był do bani, jeśli chodzi o testy Chikary, gdyż susza uniemożliwiała pobieranie przez rośliny towaru który zalega w bardzo płytkiej, powierzchniowej warstwie gleby.
3.   Rośliny mające głębsze systemy korzeniowe są na ten sos odporne, bo go zwyczajnie nie zaciągają.
4.   Na torach pojawiały się w większości wszystkie chwasty, które były tam przed zastosowaniem flazasulfuronu, jednak duża część nie napierała z rozwojem jak w poprzednich latach.

Co dalej?

Pierwszego października znów została naniesiona zabójcza mieszanka MCPA i Glifo na 15 kilometrach torów między Piasecznem a Tarczynem. Po co? Bo test nie przyniósł jednoznacznej odpowiedzi, zatem trzeba będzie kontynuować eksperyment w roku 2016! Z resztą porcjówa flazasulfuronu też jest już zakupiona, gdyż inaczej nigdy się świat nie dowie czy to, co o preparacie Chikara pisał producent naprawdę jest prawdziwą prawdą, czy jednak z tym flazasulfuronem będzie jak z przysłowiową Baśką, która może i miała fajny biust, jednak jak się potem okazało, niestety jej genitalia były złe.

Pozdrawiam, zwłaszcza tych, którzy się niezachwaścili podczas lektury.

Kuc.
« Ostatnia zmiana: 01 Listopad 2015, 15:57:03 wysłane przez Kucyk » Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
Vincent
Nowicjusz
*
Długość toru:: 38 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #90 : 01 Listopad 2015, 19:36:33 »
0

jestem ciekawy tych mechanicznych metod - coście Towarzyszu ciekawego wymyślili?
Zapisane
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2614 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #91 : 22 Listopad 2015, 20:13:14 »
0

Też jestem ciekawy skutków mechanicznej metody.
Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
Ptr
Minister
******
Długość toru:: 1078 m

W terenie W terenie


FPKW


kolejka
WWW
« Odpowiedz #92 : 23 Listopad 2015, 09:08:31 »
0

No toć na ostatnim obrazku dwa posty wyżej widać skutki.
Zapisane

To jest przekaz.
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #93 : 29 Listopad 2015, 20:34:49 »
+4



„Jeśli od godziny szarpiesz za klamkę od kibla, a drzwi nie chcą ustąpić
– sprawdź, czy nie otwierają się do wewnątrz.”
Sedes z Bakelitu

Chciałbym dziś rozpocząć cykl opowieści o pewnym „pomyśle racjonalizatorskim” w dziedzinie utrzymania terenów kolejowych, który powstał trochę przez przypadek, a trochę w wyniku analiz moich doświadczeń z obserwacji akcji odchwaszczająco - estetyzacyjnych.
Pomyśle, w który na początku nikt, łącznie ze mną, nie wierzył, że może być skuteczny.
Pomyśle, który wdrożony spowodował na GrKD rewolucję i sprawił, że nic nie będzie już takie jak przedtem.
Pomyśle, który stał się tym nie-mainstreamowym pchnięciem drzwi, które do tej pory każdy z całej siły ciągnął.
Pomyśle, który wzbudzi, jak mniemam, kontrowersje.
I w związku z tym dziś ogłaszam: Ja, Kucyk, uważam, że najskuteczniejszym i najlepszym sposobem zwalczania wszelakiej roślinności jest... nie, nie chemiczna, ale mechaniczna eksterminacja. Wprawdzie napisałem kiedyś: „nawet najdroższe chemiczne zwalczanie roślinności, jest tańsze i szybsze od ręcznej pielunki”, ale dziś wypowiedź rozwijam: Tańsze, i szybsze? – tak, i tak. Ale niestety nijak ma się do skuteczności mechanicznego niszczenia zielska.

Już widzę zdziwienie na twarzach Czytelników. Już słyszę jak padają pierwsze: „Co ten Kucyk 3,14er-oli? Nachlał się w niedzielę czy ki diabeł?”. I bardzo dobrze: ma być jak w poprawnym scenariuszu filmowym – początek ma tak zaciekawić, aby widz miał nieodpartą chęć obejrzeć całość.



62. Tajemnica Wszechświata, czyli rzecz o mechanicznym zwalczaniu roślinności. Część 1.

Dotychczas niszczyłem roślinność stosując:
- opryski torowisk herbicydami totalnymi na szerokości potrzebnej do prowadzenia ruchu,
- metodę pośrednią, czyli oprysk na dwuliścienne boków torowiska, aby chemia pozostawiając przyjacielską, niszczyła przeszkadzającą roślinność poza pasem niezbędnym dla utrzymania ruchu pociągów, oraz
- koszenie zarośli i wycinanie krzaków na pozostałym terenie.
Jednak lata mijały a sytuacja się nie zmieniała: tory i okolica tonęły w chwastach i badylach pomimo stosowania chemii i sekatorów. Ponadto zabiegi wymagały systematyczności i odpowiedniej ilości kadry, zaś każde „odpuszczenie tematu” skutkowało syfem w postaci zielska po pas, w którym to zielsku natychmiast wyrastały hałdy worków ze śmieciami. Tu wspominać mi przyszło o pomijanych czasem względach estetycznych, wszak drzewiej granicę obszaru klejowego można było wyznaczyć patrząc gdzie kończy się porządek, a zaczyna bajzel, ale z drugiej strony: jak Cię widzą, tak Cię piszą, więc sprawa czystości czasem może być bardzo ważną.

Chemia – nie taki znowu lek na całe zło.

Opryski torowisk, gdzie zależy nam na całkowitej eksterminacji roślinności, były już w tym wątku dokładnie omówione zarówno pod względem sprzętu, techniki, terminów jak i stosowanych herbicydów. Te zabiegi są oczywiście niezbędne, ale pragnę jednak zwrócić uwagę na pewien szczegół, który jeszcze się przewinie w naszych rozmowach: coś z tą chemią jest nie tak – mianowicie lejemy, sypiemy, pryskamy, i to 3 razy do roku, a zielsko tak rośnie, jak rosło. I to właściwie takie same gatunki.

Ktoś może powiedzieć: przecież wiatr nawiewa nasiona, one kiełkują i dlatego mamy zarośnięty tor! No to niech ten ktoś wytłumaczy, czemu na torach rosną całkowicie inne gatunki niż 10 m dalej? I mało tego – rosną gatunki, które tępimy zanim wyprodukują te nasiona! Zatem skąd one miały by się brać, bo domniemanie, że tak jak onegdaj Amerykanie nas posypywali stonką, teraz Państwo Islamskie zrzuca nam zarodniki dziewanny i skrzypu dokładnie na tory pachnie trochę macierewiczyzmem. Z resztą jakby ISIS coś zrzucało, to raczej byłby to mocny środek radykalnego odchwaszczania.

Moim zdaniem obecnie dostępne herbicydy nie niszczą roślin całkowicie. Owszem, część nadziemna zamiera, ale nie uszkadzają one części partyzanckiej – podziemnej. Ten niewidoczny, ale mający zgromadzone w sobie i wokół siebie składniki pokarmowe oraz zakodowaną w genach wolę przetrwania korzeń odpowiada za szybkie odrodzenie się zielonego wroga. I to sunącemu ku niebu z iście islamskim fanatyzmem.

Poniżej: typowy wygląd systematycznie odchwaszczanych chemicznie torów.



Słyszę jak ktoś krzyknął: To czemu nie zastosujesz totalnego, doglebowego środka jakim onegdaj się tory pryskało i po nim nic 3 lata nie rosło?
Odpowiem: bo obecnie Unia brukselska, ta nierządnica europejska zakazała Arsenalu i symazyny! Nie można dziś legalnie dostać tych kolejowych herbicydów, zatem nie ma sensu rozmowa o ich stosowaniu.

Boki robią boki.

Teraz wróćmy do sprawy utrzymania boków drogi kolejowej. Wiadomo: na torze nie ma być żadnego zielonego, ale po bokach musimy pamiętać że ma być trawa. Nie dwuliścienne zielsko, krzaki, chwasty, drzewka, tylko TRAWA. Jest to warunek konieczny, aby istniała zwarta okrywa terenu na którym przecież są skarpy kolejowych rowów, nasypów czy przekopów. Bez darni podczas ulewy tor nam popłynie, jak stało się kiedyś pod Głoskowem, a podczas suszy skarpy się obsypią choćby dlatego, że ludzie i zwierzaki łażą po nich. Dlatego opryski boków muszą być dokonywane środkami nieniszczącymi jednoliściennych (MCPA).
Jednak znów wracam do kwestii, że pryskamy sosem na te dwuliścienne, a one padają a następne rosną dalej tak szybko, że po 6-7 tygodniach, przy kolejnym zabiegu trudno utrzymać ramię opryskiwacza gdyż zielsko haczy o belkę. Tu jeszcze dochodzi kwestia, iż te lebiody rosną szybciej i wyżej niż przyjazne skarpom trawsko zagłuszając je, co w sposób oczywisty nie sprzyja jakościowemu zadarnieniu.

Poniżej: pryskamy boki, pryskamy, a chwasty nic sobie z tego nie robią.



Ogólnie pisząc, pomimo stosowania przez 4 lata oprysków boków sprzętem przedstawionym poniżej wygląd terenu kolejowego pozostawiał wiele do życzenia z trzech powodów:
- zielsko, aby zadziałał herbicyd, musiało być wyrośnięte, stąd gdy zdychało, to teren pokrywał się suszonymi badylami,
- ze względu na ograniczoną długość belki nie można było odchwaścić całości obszaru kolejowego,
- opryski można było prowadzić jedynie gdy nie było ruchu pociągów, co stanowiło największą przeszkodę w systematyczności zabiegów,
i najważniejsze:
- stan zachwaszczenia przestał się poprawiać – przez pierwsze dwa lata zabiegów wprawdzie udało się całkowicie zwalczyć maliny/jeżyny, ale większość gatunków chwastów pozostała, a i nowe czasem przybywały.

Poniżej: belka do boków na drezynie i belka w akcji.





To tyle na dziś. W następnym odcinku opowiem jak rozpoczęła się ewolucja, która była początkiem rewolucji i jakie zmiany musiały nastąpić aby nabrała rozsądnych kształtów.
« Ostatnia zmiana: 29 Listopad 2015, 20:41:28 wysłane przez Kucyk » Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2614 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #94 : 29 Listopad 2015, 22:20:52 »
0

NA boki nie musi być tylko MCPA. Możesz zastosować jakiś inny środek działający na dwuliścienne. Najlepiej aby działał nalistnie oraz doglebową.  Druga sprawa to gęstość trawy na rowach. Im trawa gęściejsza tym chwasty mają mniej mniejsza na rozwój dlatego może warto zainwestować w nasiona trawy i podsiew?? Tylko jakoś trawę co nie rośnie wysoka a tworzy zwartą darń.
Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #95 : 08 Styczeń 2016, 18:18:37 »
+9

Cały obszar kolejowy pozbawiony zbędnej roślinności to marzenie wielu zarządców. Każdy stara się jak może, a czasem jak mu się chce, aby zielonego było jak najmniej, bo choć te działania nie mają wpływu bezpośrednio na fakt toczenia się pociągu czy frekwencję w nim, jednak, no cóż, nie ukrywajmy - są niezbędne.
Im więcej krzaków, tym więcej śmieci. Im więcej zielska, tym trudniej utrzymać odpływ wody rowami. Im więcej zarośli, tym ciężej naprawiać tory. Im więcej... tym gorzej.
Chcę dziś przedstawić drugą część moich przemyśleń popartych praktyką i eksperymentami w kwestii zwalczania roślinności na terenie kolejowym – może przydadzą się komuś, aby nie musiał „odkrywać prochu”.

62. Tajemnica Wszechświata, czyli rzecz o mechanicznym zwalczaniu roślinności. Część 2.

Jak już wspomniałem poprzednio lanie chemią ma zasadniczą wadę będącą paradoksem: żeby towar zadziałał, trzeba poczekać aż rośliny wyrosną, gdyż herbicydy obecnie dozwolone działają wyłącznie na... wyrośnięte rośliny! Czyli najpierw musimy zachwaścić szlak, aby go móc odchwaścić. Gdzie sens? Gdzie logika?

Początki ewolucji.

Na kolejce były dwie kosy spalinowe, którymi czasem kosiło się to i owo. Głównie były to tereny stacji Piaseczno, Złotkłos i Tarczyn, a także odcinek wzdłuż ulicy Lipowej w Zalesinku. I od tego właśnie, półtorakilometrowego odcinka rozpoczęła się kariera mechanicznego zwalczania roślinności.

Dawno temu zostało ustalone z gminą Piaseczno, że teren kolejki biegnący wzdłuż reprezentacyjnej ulicy Sienkiewicza będzie utrzymywany w czystości przez samorządowe służby oczyszczania, zaś zarządca infrastruktury ma dbać o obszar kolejowy wzdłuż ulicy Lipowej łączącej Zalesie Dolne z Gołkowem.
Najpierw, oczywiście, skończyło się na deklaracjach, jednak po kilku ostrzeżeniach od Straży Wiejskiej zaczęto kosić ów odcinek, ale następowało to jedynie raz na rok, gdy syf przekraczał cierpliwość mieszkańców a w rękach strażnika pojawiał się bloczek mandatowy. Nic więc dziwnego, że tor wyglądał jak na fotografii poniżej.



Trzy lata temu jednak zmieniło się podejście zarządcy do tego biegnącego pomiędzy willami reprezentacyjnego poniekąd odcinka. Zwłaszcza, że jezdnię Lipowej wyasfaltowano, przez co stała się ważnym i uczęszczanym ciągiem komunikacyjnym, generując zwiększoną ilość (słusznych poniekąd) komentarzy iż na terenie kolejki panuje syf. Początkowo zamierzano do zwalczenia zielska użyć chemii pryskanej belką boczną o której pisałem poprzednio, jednak  po pierwszych próbach, gdy okazało się że nie da rady tą metodą utrzymać czystości na właściwym poziomie do łask wróciły owe dwie wysłużone kosy spalinowe.

Najpierw koszono teren gdy zielone sięgało pasa, czyli dwa razy w sezonie. Po jednym roku stan tego odcinka wyraźnie się poprawił – nie było na nim aż tyle nawłoci i innych badyli co wcześniej, nadal jednak daleko było tej powierzchni Ziemi wyglądem do sąsiadujących z koleją wypielęgnowanych działek, czy nawet gminnych poboczy drogi.

Kiedyś, po wypiciu odpowiedniej ilości rozszerzacza horyzontów myślowych, przypomniałem sobie że na terenie łąki w Runowie, która jest systematycznie (przynajmniej raz na 3 tygodnie) golona trawnikową kosiarką na kółkach – wszak gęsta, zielona murawa to dobrego wypoczynku podstawa - nie rośnie nic poza trawą i koniczyną. Nawet dzikie poziomki, turzyce czy nawłocie które rosły na obszarze gdzie dziś ludzie piknikują i masowo występujące tuż za granicą dokąd się kosi, zwyczajnie nie wyrastają tam, gdzie co pewien czas ścina się rośliny. Dodam, że corocznie łąka dostaje pełną zalecaną dawkę nawozów sztucznych, zatem jeśli nie ma suszy, chlorofile na niej szaleją. Ale tylko te dwa gatunki, a reszty zwyczajnie nie uświadczy się. Tak powstał pomysł aby taką technikę częstego cięcia zastosować wzdłuż Lipowej. Na początku spróbowałem kosić teren co dwa miesiące.

Poniżej: łąka w Runowie. Widoczna zarówno skoszona trawa jak i ta przed pokosem. Chwasty w głębi wskazanej czubkiem „strzałki” – rosną dopiero poza granicą koszenia.



Na efekty nie trzeba było długo czekać – pojawiły się od razu w postaci w miarę zadbanego pobocza linii kolejowej. Jednak powstawały też pewne problemy: po pierwsze, stosunkowo niska była prędkość koszenia ze względu na dość wysoką, ponad półmetrową okrywę z którą kosy średniej mocy niezbyt sprawnie sobie radziły, po wtóre, zaistniała konieczność grabienia angażującą dodatkowe siły, gdyż ilość powstającej biomasy była za duża aby pozostawić ją bez skutków ubocznych w postaci komentarzy o których było powyżej. Na szczęście gmina zobowiązała się zabierać kupy siana, bo jakby trzeba było je drezyną wywozić, to pewnie zapał klejarzy by całkowicie opadł. W każdym razie skoszenie 1,5 km zajmowało 4 ludziom (dwóch kosiło, dwóch grabiło i śmieci zbierało) minimum 6 dniówek. W prawdzie było to działanie pracochłonne, ale efekt był godny tego potu.

Między ewolucją a rewolucją.

- A gdyby tak kosić nie czekając na to aż trawa urośnie po kolana, tylko ciąć ją gdy ma 25 cm? – Pomyślałem po kolejnym seansie spożycia rozszerzacza horyzontów myślowych. – I jeszcze zamiast niewielkich kos zastosować maszyny przeznaczone do pielęgnacji terenów publicznych z mocnymi silnikami?

Aby sprawdzić ten pomysł na próbę nabyta została jedna mocna kosa.
Okazało się to, co się miało okazać: niska trawa i mocna maszyna daje efekt iż praca idzie znacznie wydajniej. Druga korzyść jaka wyszła, to fakt, że gdy zielsko nie jest zbyt wysokie, wtedy odpadała konieczność grabienia, zatem... nie trzeba jednego misia z grabiami który znajduje zatrudnienie do obsługi dodatkowej kosy.

Tutaj taka dygresja, bo widzę, że niektórzy krzywią się na sugestie o konieczności zgrabienia ściętej roślinności. Otóż, jeśli chce się naprawdę posprzątać teren, to zostawienie grubego pokosu pokrywającego całość jest ściemnianiem, bo albo jest porządek, albo udajemy że jest prządek, usprawiedliwiając się tym że „i tak dużo robimy” twierdząc że król wcale nie jest nagi. Z resztą o tym temacie sprzątania wieńczącego dzieło będzie jeszcze w dalszej części opowieści.

Czyli tak: mamy 3 kosy (różnej kondycji), 4 ludzi i niską trawę. Na skoszenie odcinka Zalesie – Gołków potrzeba 3 dni. Zatem wydajność procesu wynosi tyle, co poprzednio, z tym że teren jest sprzątany dwa razy częściej i wygląda zwyczajnie lepiej. Zamiast dużych dwuliściennych, które nie są w stanie wytrzymać takiego niszczenia, zaczyna dominować trawa, dlatego koszenie przebiega coraz łatwiej. I właśnie w tym częstym pokosie, działającym na większe zielsko destrukcyjnie, źródło miało rozpoczęcie kolejnego doświadczenia.

W 2015 roku przeprowadziłem eksperyment, który być może spowoduje rewolucję w sposobie utrzymania obszaru klejowego na GrKD.
Wobec braku możliwości prowadzenia prac torowych (brygadzista był na dłuższym zwolnieniu lekarskim plus ciągły ruch pociągów) nie było co zrobić z ludźmi zatrudnionymi przy wymianie podkładów. Aby się nie nudzili dostali prikaz by uprzątnęli z roślinności cały obszar kolejowy – od lewej granicy do prawej granicy. Od Piaseczna do Tarczyna. W sumie 19 ha. Panowie mieli usunąć wszelką roślinność miękką i zdrewniałą oprócz drzew nie-owcowych w wieku powyżej 10 lat. Zamysł był taki, aby przygotować cały teren kolei do tego, by móc go utrzymywać przez koszenie jedynie przy użyciu głowic żyłkowych, lecz czy się to udało i z jakimi problemami przyszło walczyć, opiszę w kolejnej części moich forumowych stękań.

Zgodnie z tradycją pozdrawiam tych, co nie usnęli!
« Ostatnia zmiana: 09 Styczeń 2016, 13:37:57 wysłane przez Kucyk » Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
Harry Potter
Dyrektor
*****
Długość toru:: 769 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #96 : 08 Styczeń 2016, 23:57:01 »
0

Nie usnąłem, więc dzięki i wzajemnie Duży uśmiech
Zapisane

Jak się nie ma co się lubi,
To się lubi co się ma...ja mam Elf' y, Impulsy i inne "perełki"
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #97 : 10 Styczeń 2016, 20:39:35 »
+9

Jeśli człowiek robi coś dziesiąty raz, i wciąż nie uzyskuje zamierzonego efektu – znaczy, że albo źle robi, albo źle myśli. Zapytam Cię retorycznie Czytelniku znający wąskotorowe realia: ileż to razy, na znanych Tobie kolejkach, wycinane były zarośla przy torze, a mimo to wciąż tam były? Ile potu i paliwa zostało przelane, a nadal gałęzie drapały wagony? Ileż to bitew ze zdrewniałą roślinnością, i to zdawałoby się zwycięskich bitew, odbyło się, a wciąż wojnę wygrywał generał Krzak? Wiele, wiele i jeszcze raz wiele. Czyli gdzieś musi tkwić błąd.

W poprzednim odcinku opowiedziałem o wdrożeniu na GrKD pewnej zasady w utrzymaniu boków linii kolejowej, która powstała na podstawie obserwacji koszonej często łąki, na której w wyniku częstego cięcia z gleby nie wyrastało nic, poza ładną trawą. Zatem powstał pomysł, aby poeksperymentować z zastosowaniem koszenia na większą skalę.

Aby jednak móc wprowadzać nową technologię, czytaj: sprawnie operować kosami, trzeba było pokonać te jawnie wrogie postępowi, zdrewniałe umysłowo i zakorzenione w moralnym bagnie zarośla, co okazało się nie takie straszne jak się na początku wydawało. Znaczy teraz, będąc mądrzejszym o te 10 lat tak twierdzę, co nie oznacza, że ktokolwiek wierzył dekadę temu, że może się to w ogóle udać.

62. Tajemnica Wszechświata, czyli rzecz o mechanicznym zwalczaniu roślinności. Część 3.

Muszę cofnąć się w czasie do początków moich działań na wąskich torach. Z resztą chyba każdy z nas pamięta ten sposób spędzenia weekendów, gdy jeżdżąc drezynką, w pajac-kamizelce, z sekatorem w jednej, piwkiem w drugiej i aparatem w trzeciej ręce, coś tam wycinaliśmy i było zajebiście. Chlastało się bez ładu i składu co większe drzewka pół metra nad ziemią i gdy, ku zadowoleniu wycinającego, przewracały się do kolejowego rowu, miłośnicze serca przepełniała duma z dobrze wykonanej roboty, zaś bystry wzrok, z lekka tylko zamglony Warką Strąg, poszukiwał kolejnej ofiary której, przerośniętej zielonymi następcami, przyjdzie w spokoju spróchnieć na poboczu drogi żelaznej.

„Cut and drop”

Niestety to nie żart, ani zakamuflowany przytyk do mikolskich działań – tak bardzo często wyglądało na GrKD odkrzaczanie, i to zwłaszcza, gdy wykonywali je pracownicy etatowi – owe prace prowadzone były metodą by było efektownie, a niekoniecznie efektywnie. Ot na szybciora wyciąć, wrzucić byle jak w rów, zepchnąć kopem z toru, ewentualnie odciągnąć na sąsiednie (czyjeś) pole, i ognia Wuemcecie!

Skutek tego był porażający: sąsiedztwo toru wypełnione zostało suchymi charmęziami przemieszanymi z poszarpanymi reklamówkami i umajanym chwastem wszelkim dobrem odpadowym wyrzucanym przez miejscowych, którzy, bądźmy szczerzy, traktowali z takim szacunkiem zasyfiały teren kolei, z jakim podchodzi się do brudnego menela-śmieciarza.

Doszło do paradoksalnej sytuacji, że aby ukryć syf (choć upatruję tu raczej wytłumaczenia czemu nie należało poświęcać czasu na prace porządkowe) nie cięło się zarośli aby chroniły bałagan przed okiem postronnego turysty, wszak z okien pociągu nie wszystko widać.

Sytuacja stała się jednak nieprzyjemna nie tylko ze względu na nieład, ale również bezpieczeństwo podróży. Krzaki dosłownie ryły burty wagonów, zaś prowadzenie lokomotyw to było ciągłe narażenie japy maszynisty na przeryskę. Podstawowym hasłem ostrzegawczym był okrzyk „kryj ryj!” wydawany, gdy w kabinie zbliżającej się do krzaków przebywały osoby, które mogły nie zdawać sobie sprawy co za chwilę nastąpi.

Poniżej: Skutki nieusuwania ściętych zarośli. Warto zwrócić uwagę nie tylko na bałagan w prawej dolnej części kadru gdzie stare ksztole plączą się wzajemnie, ale i na blachy budki maszynisty po lewej stronie ujęcia. Te jasne, faliste linie to świeże rysy na farbie po przejeździe przez zakrzaczone miejsca.



W końcu stało się jasne, iż formuła „zetnij i upuść” przynosi więcej szkody niż pożytku. Trzeba zatem było przystąpić do modyfikacji polegającej na pozbywaniu się ściętych krzaków.

Nie wszędzie można było stosować starą metodę podrzucania drapaków na sąsiednie działki, z resztą raz taka operacja skończyła się obiciem karczownika przez wyjątkowo masywnego gospodarza który nie do końca był zachwycony z otrzymanej rózgi, zaś pracownicy nie mieli zapędów wojowników, więc trzeba było eliminować drewno inaczej. Najpierw wprowadzono tradycyjne palenie na stosach.

Płonie ognisko i szumią krzaki.

Spalanie krzaków na kupkach odbywać się może nie wszędzie i nie zawsze.
Po pierwsze, są miejsca w których hajcowanie będzie dla sąsiadów zwyczajnie uciążliwe, a wiadomo, że z ludźmi trzeba żyć w zgodzie (vide opisany przed chwilą „mikołaj”). Zatem z części terenów trzeba było wywozić ścięte krzaki. Przeprowadzało się takie operacje zazwyczaj późną wiosną. Od jesieni cięte krzaczory układano koło toru, a potem organizowało się pociąg z platformami do zwózki.

Poniżej: Przykład krzakobrania pociągowego.



Metoda ta była jednak droga, pracochłonna oraz mało wydajna. I oczywiście bardzo często zdarzało się że charmęzi nie było czasu zwieźć, więc hałdy pozostawały na miejscu jeszcze przez następny rok. Sam sposób załadunku też pozostawiał wiele do życzenia, gdyż platformy woziły głównie powietrze. O jego modyfikacji napiszę później.
Drugim powodem konieczności organizowania transportu stało się występowanie miejsc, w których krzaków zwyczajnie było za mało aby solidny hajc urządzić bo, jak niektórzy wiedzą, a inni się za parę akapitów dowiedzą, mokre drewno słabo się pali gdy jest go za mało w jednym miejscu.
Trzecim, właściwie zasadniczym powodem dla którego od 5 lat trzeba było wozić wycięte patyki stało się... wprowadzenie całkowitego zakazu palenia ognisk na terenie gminy Piaseczno. Przepis – jak przepis, może nieżyciowy w wiejskiej gminie, zatem na takie do pieczenia kiełbasy Straż Wiejska nie reaguje, jednak trudno uznać za wytwarzanie ciepła technologicznego do potrzeb gastronomicznych coś takiego widocznego poniżej, zwłaszcza że konfidentów strzegących poszanowania prawa i sprawiedliwości na ziemi piaseczyńskiej jest dostatek.

Poniżej: Moment startu ognicha za pomocą starej kanapy z mercedesa. Od tej chwili trzeba będzie bezustannie dorzucać gałęzie, aby proces utylizacji trwał.



Przejdźmy teraz do samego systemu palenia. Po zebraniu porcji startowej zielska  podstawowym sposobem rozruchu stosu jest opona samochodowa. Zapala się w niej tłustą szmatę i szybko przykrywa jak największą ilością zarośli. Opona się jara i temperatura wzrasta, co suszy badyle które stopniowo się zapalają. W pewnym momencie ilość energii w stosie jest tak duża, że zaczyna się on gwałtownie sam palić bez udziału gumy. I teraz trzeba podtrzymać burzę ogniową ciągle dokładając nowe rośliny, bo gdy tylko na chwilę przerwany zostanie hajc, wszystko tak gwałtownie jak się zapaliło – gaśnie i znów trzeba iść do wulkanizacji. Palenie takiego ognia wymaga nie tylko wprawy, wytrzymałości i odwagi, wszak żar jest potężny i kurtki ortalionowe potrafią się topić, ale również minimum trzech ludzi, którzy będą ciągle dorzucać bez robienia sobie „przerw na papierosa”, nie wspominając już o konieczności wcześniejszego zgromadzenia wystarczającej ilości paliwa.

Kto palił tak krzaki, wie, że jest to ogromna mordęga. Jeszcze dochodzi konieczność dopalenia wystających z ogniska gałęzi, których ostoja ogniowa nie spaliła, co wymaga wyciągania splątanych, palących się kijów i przebywania w bezpośredniej strefie ognia i jest zwyczajnie niebezpieczne.

Sieczkarnia.

To miał być strzał w dziesiątkę. Co tam – w jedenastkę! Którejś zimy na teren kolejki przyjechał zakupiony nowy, śliczny, lśniący rębak do gałęzi.



Maszyna miała być, w założeniu, jak słynna wódka mająca takie sami imię jak kombajn Vistula: "co to, panie, kosi młóci i chłopa przewróci". Jednakże z jakichś tam pobudek zakupiono rębak „o numer za mały”.

Po pierwsze, ktoś stwierdził, że ma być możliwość załadowania sieczkarni ręcznie na drezynę, zatem jej waga nie może być zbyt duża. Duża waga – duża wydajność, mała masa – sami sobie dopowiedzcie. Jednak nawet „lekka” maszyna to prawie pół tony, zatem we dwóch się jej na Wmc nie wrzuci.
Po drugie, ktoś stwierdził, że nie ma co wydawać dodatkowych iluś-tam tysięcy, bo nie trzeba kupować urządzenia wyposażonego w samoczynny podajnik gałęzi. To był zasadniczy błąd technologiczny, który zdyskwalifikował heblarkę, ale o nim później.
Trzecią skuchą, niezwiązaną już z samą rębarką, było roztaczanie wizji, jakie oszczędności, a nawet zyski, będzie można poczynić wykorzystując zrębki do opalania stacyjnych kotłowni. Wizje owe płynęły na tej wiórowej tratwie przez ocean absurdu tak daleko, że żeglując w stronę wysp opalania kotła parowozu trocinami ocierały się o rafy śmieszności.

Ale wróćmy do rębaka. Pamiętam ten wczesnozimowy dzień, gdy maszyna przybyła do Piaseczna. Na placu, przy hałdzie specjalnie dzień wcześniej zwiezionych pociągiem (!) ze szlaku gałęzi, zebrała się „komisja” mająca ocenić skuteczność nowego nabytku. Już pierwszy pokaz wykonany przez przedstawiciela sprzedawcy wprawił co-poniektórych w mało entuzjastyczny nastrój. Otóż wydajność głośno warczącej maszyny była wyjątkowo mała, wszak, jak powiedział instruktor, została ona dedykowana dla pielęgnacji sadów bądź ogrodów i dziwił się, że zamierzamy tym czyścić kolejową dzicz. Dodatkowo, jako że ustrojstwo samo nie wciągało rosochatych gałęzi, trzeba było przed wrzuceniem przycinać sekatorami odrosty, a nawet mimo to niezbędnym okazywało się zatrudnienie kolejnego człowieka do ciągłego popychania kijem towaresu w leju.

Na deser próby palenia zrębkami wykazały, że przy mrozie, nie dosyć że palacz ciągle musiał wióry sypać w kotły których komory paleniskowe nie były do takiego paliwa przystosowane, to jeszcze aby właściwą temperaturę utrzymać koniecznym było i tak dodawanie węgla na ruszty. Smaczkiem był na wiosnę samozapłon hałdy leżących na placu pozostawionych zrębków, ale to już miało marginalne znaczenie bo rębak i tak stał wtedy odstawiony.

Rębarka została kilka razy użyta na szlaku, jednak tam też jej zalet nie sposób było zauważyć wobec wad. Oprócz niezadowalającej samej wydajności rozdrabniania, nieporównywalnej z szybkością tradycyjnego palenia, gdy sieczkarnia stała na drezynie, wysokie umieszczenie pionowego leja powodowało, że załadunek był niewygodny (gdyby na wyposażeniu znajdował się hydrauliczny podajnik, lej ułożony byłby poziomo, i wtedy było by wygodniej). Ludzie noszący krzaki bezczynnie oczekiwali długo w kolejce aż operator odbierze od nich wiecheć i wrzuci w gardziel, bo wrzucenie kilku na raz skutkowało koniecznością wyciągnięcia krzewiastego splotu. Co do zdjęcia ważącej 400 kg landary w miejscu wycinki powiem, że było bardzo kłopotliwe, zatem zwyczajnie niepraktykowane.
Po kilku więc próbach terenowych maszynę odstawiono na halę, gdzie przestała bezużytecznie ponad 3 lata. I dzięki Ci, święta Katarzyno, że znalazł się na nią jakiś nabywca!

Jakiś czas później przeprowadziłem eksperyment z profesjonalną, ogromną sieczkarnią, którą ma mój kolega, bo wciąż w głowie miałem myśl, że będzie to dobry sposób utylizacji zdrewniałej roślinności. Okazało się jednak w międzyczasie, że wystarczy trochę inwencji i nieszablonowego myślenia a znajdą się o wiele lepsze, tańsze a przede wszystkim wydajniejsze sposoby destrukcji, ale o nich opowiem w następnym odcinku gawęd przy wzmocnionej herbatce.
Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
andrzej2110
Minister
******
Długość toru:: 2614 m

W terenie W terenie



« Odpowiedz #98 : 10 Styczeń 2016, 21:19:48 »
0

Ile kosztował ten rębak??
Najtańszym i zarazem najtańszym sposobem jest znalezienie osoby/osób/firmy która wytnie i zabierze dla siebie owe krzaki.

Co do palenia gałęzi to mam pewne doświadczenie i to w paleniu prawie świeżo ściętych. Co jakiś czas czyszczę u siebie rowy na polach z krzaków. Czyszczenie takie robię tuż po żniwach czyli w sierpniu. Po wycięciu drzew/krzaków na pole wybieram wszystko co grubsze i będzie się palić w domowym piecu. Gałęzie zostają na polu. z racji braku czasu aby cały czas przy tym robić to lezą one 3-4 tygodnie. Jak wiadomo jest wtedy ciepło wiec trochę podeschną ale nie wyschną całkowicie ale za to liście tak. Oczywiście wypalanie nie polega na podpaleniu ich lezących wzdłuż rowy na polu lecz przy użyciu tura z krokodylem stopniowo są zwożone i palone w jednym miejscu. Do podpalenia wcale nie potrzeba starej opony opony (ich miejsce jest na pryzmie kiszonki), wystarczy kostka słomy (ta mała prostokątna nie duża i okrągła). Wypalałem gałęzie nawet następnego dnia po deszczu i tak samo się wypaliły.

Edit
Chwila na Olx i mamy 2 firmy które sprzedają zrębki
http://olx.pl/oferta/zrebki-zrebki-pozostalosci-z-rebaka-sprzedaz-zrebkow-uslugi-rebaki-CID628-IDdeYyX.htm
http://olx.pl/oferta/sprzedam-zrebki-CID628-IDad9GX.html
Prawdopodobnie odebrali by za damo krzaki z torowiska
« Ostatnia zmiana: 10 Styczeń 2016, 21:32:40 wysłane przez andrzej2110 » Zapisane

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.
Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym,
ani każdym innym następującym po tym terminie.
Ponadto autor zastrzega sobie pr
Kucyk
Minister
******
Długość toru:: 3882 m

W terenie W terenie


Bimbrownik wąskotorowy


« Odpowiedz #99 : 17 Styczeń 2016, 22:59:31 »
+17

Dzisiejszy odcinek poświęcę niby prozaicznej, ale jednak sprawiającej najwięcej problemów kwestii: jak sprawnie pozbyć się wyciętych już krzaków, choć oczywiście mógłbym się wesprzeć na radach naszego Teoretyka Spraw Trudnych Andrzeja2110, że jakby tylko pozwolić, to ludzie z głodu sami krzaki zjedzą. Ach, Andrzejku, ja wierzę że byłbyś w stanie zarabiać nawet prowadząc hurtownię śniegu na Biegunie, ale do pełni zachwytu nad Twą błyskotliwością na przeszkodzie staje fakt, że jakoś te Twoje teorie nijak się mają do życia.

W poprzednim odcinku opowiedziałem o tym, iż aby dokładnie, solidnie, a przede wszystkim uczciwie oczyścić teren kolejowy istnieje konieczność spalenia krzaczorów – wszak jest to jedyna słuszna metoda utylizacji. Opowiedziałem też o masowo stosowanej technologii palenia krzaków na stosie wraz z omówieniem związanych z nią problemów: że trzeba rozpalić, palić, dopalić i się umordować. Dziś zaś przedstawić chcę patent, który zrewolucjonizował proces spopielania i powstał trochę przez przypadek, ale to dzięki temu, o czym pisał cytowany Sedes z Bakelitu – próbie nieszablonowego działania oraz optymalizacji. I o tym będzie ten odcinek gawędy przy herbatce z destylatora.

62. Tajemnica Wszechświata, czyli rzecz o mechanicznym zwalczaniu roślinności. Część 4.

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Następnego dnia ziemię zapełnił roślinnością wszelaką. Trzeciego dnia pracownicy utrzymania infrastruktury rozpoczęli niszczenie tej roślinności. Koniec czytania na dzisiaj.

Teoria masowej metody eksterminacji.

Kiedyś, oczywiście po wypiciu odpowiedniej ilości rozszerzacza horyzontów myślowych, przypomniałem sobie że istnieją takie paleniska kotłów w których ruszt w formie jakby szerokiej gąsienicy czołgowej się przesuwa przez komorę spalania razem z paliwem które jara się podczas owego przejazdu. Nie ma tam palacza wrzucającego węgiel, który sam zsuwa się z leja na gąsienicę i zapala z czoła od gorąca, zaś prędkość posuwania rusztu jest tak uregulowana, że jest równa prędkości spalania. A gdyby tak zrobić to na odwrót? Nie poruszać paliwa (tu krzaków) tylko uformować z nich długi na kilkadziesiąt metrów wał i podpalić z jednej stron, aby strefa ognia przesuwała się wzdłuż i towar się spalił niczym papieros?

Tak też postanowiłem zrobić, na przeszkodzie stał jednak jeden szczegół – otóż mokre gałęzie, niezależnie od opcji politycznej rządzącej aktualnie, nie chcą się tak palić. Ale gdyby tak je odpowiednio podsuszyć?...

Trzeba było zatem znaleźć miejsce gdzie zwiezione krzaki mogłyby spokojnie oczekiwać parę tygodni, a czasem miesięcy na odparowanie z nich wody. Nie mgło to być na terenie zurbanizowanym bo syf widać, ani w lesie, bo jak palić w lesie? Nie mgło to być przy drodze, aby patyki nie przeszkadzały w ruchu pojazdów, dodatkowo nie mogło być to gdzieś daleko, co w przypadku całej linii kolejowej oznacza jeden właściwy punkt – gdzieś po środku.
Wybór padł na leżący niedaleko przystanku Runów fragment toru między podmokłym olsem a polem ornym. Tam, gdzie nikt mający zapędy szeryfa nie zagląda a i nawet jakby co to Straż Wiejska i tak nie dojedzie. Kawałek toru na zadupiu idący na lekkim nasypie. I tu kryje się kolejny klucz do sukcesu, ale o tym kiedy indziej.

No to zaczynamy ciąć i układać zwiezione krzaki w jedną warstwę. Niech ma ona powiedzmy półtora metra wysokości. Trwa to jeden, drugi, trzeci tydzień... Jak już na wstępie napisałem warunkiem sprawnego spalania w wale jest suchość materiału. Nie mam tu na myśli zewnętrznej wilgoci (jak deszcz pada na ten przykład) ale stan drewna. Aby pozbyć się wody z badyli potrzeba latem co najmniej 2 tygodni, a poza upalnym okresem 2-3 miesięcy. I to cały ułożony balas, od początku do końca, musi wyschnąć, bo inaczej ogień zagaśnie, gdy dotrze do strefy drewna zbyt mokrego i żadne krzyki, żadne płacze go nie przekonają by dalej się palił. Zatem cięte zielsko we wrześniu będzie na wiosnę w sam raz do fajczenia. A te z wczesnej wiosny –latem. Zaraz, zaraz, a gdyby zastosować metodę warstwową?

Tort.

Zróbmy tak: układamy od punktu A do B krzaki. Punkty oddalone są od siebie powiedzmy o 50m (choć można oczywiście mniej, ale zwłaszcza polecam więcej). Tniemy codziennie, systematycznie, ale bez napierki. Kładziemy metrową, równą warstwę. Jeśli zaczęliśmy kłaść w A dziś, w końcu stycznia, to do B dojdziemy na końcu marca. Teraz druga warstwa. Ale nie zaczynamy znów od A, lecz od d...rugiej strony. Z B do A kładziemy następną, metrową, górną warstwę.
Nastał koniec maja a myśmy dojechali drugą warstwą do punktu A. I jak to wygląda pod względem suchości? Otóż średnia suchość w grubości stosu jest podobna: w A na górze mamy świeże krzaki a pod nimi suche – czteromiesięczne, a w B mamy dwie warstwy po dwumiesięcznym schnięciu. Czyli śmiem twierdzić że statystycznie wał się spali.

Poniżej: Schnący w jesiennym słońcu wał z krzaków.



Finał.

To nastał czas zahajcować wała! A z której strony? Zawsze od zawietrznej.
Tak, palimy pod wiatr, bo inaczej strefowe jaranie w połączeniu z niekontrolowanym podmuchem może się wymsknąć z pod kontroli i przerodzić w stresujący pożar. Start najlepiej wykonać za pomocą popryskania z góry końca sterty brudną ropą na całej szerokości i długości 3 m (3-4 litry) i podłożeniu pod spód starej palety, a pod nią andrzejowej słomy, liści, igliwia czy szmat również skropionych ropką. Opona w tym przypadku to zdecydowanie za mocny starter. Za to benzyną jak się poleje, to nie dość że jebnie, to jeszcze ta substancja się spala za szybko i nie wytworzy  odpowiednio długo temperatury w stosie niezbędnej do zapoczątkowania procesu samodestrukcji.

Jaka korzyść jest z takiego palenia w balasie w stosunku do tradycyjnych ognisk? Bo jest ono cholernie wydajne. Tak wydajne, że nie ma porównania z żadnym innym sposobem. Spalenie układanego miesiącami stosu o długości 30, 50 a nawet 100 m to JEDEN dzień pracy JEDNEGO człowieka. Nie ma ciągłego dorzucania do ognia, wyciągania gałęzi, przekładania płonących żagwi, gaśnięcia sterty. Koleś raz podpala, potem tylko kontroluje ogień zgrabiając niedopalone smętne resztki, gdy strefa ognia oddala się. Ewentualnie trzeba na drugi dzień podjechać i coś tam doporządkować, ale warstwa popiołu jest równa i cienka, zatem sprzątanie jej staje się zbędne. To właśnie jest pokrycie wszelkich niedogodności związanych z transportem krzaczorów na miejsce wałowania – kto raz spróbował, ten nigdy już nie zmieni systemu utylizacji, bo efektywniejszego zwyczajnie nie ma.

Poniżej: I po wal(c)e.



W następnym odcinku pojawi się temat o optymalizacji sposobu wożenia zielnego tak by zrobić to wydajnie i jednocześnie dobrze zwalić aby sformować solidnego wała, ale zastrzegam, że jak znów mój artykuł tylko trzy plusy dostanie, to mogę ukryć przed światem kilka tajemnic wszechświata...
Zapisane

Bo ja tam jestem gwiazda
I ze mną jest jazda -
Wszak jam jest Jan Niezbendny.
Strony: 1 ... 3 4 [5] 6 7 8   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
theme for 750mm.pl based on bisdakworldgreen design by jpacs29
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!